Category Archives: Rządność

Mądra dbałość o dobro wspólne.

Czemu Kurdów tak interesują wybory w Turcji?

Bardzo dziekuję nowemu uczestnikowi naszej fejsbukowej grupy za postawienie tego pytania. W efekcie doprowadziło mnie to do napisania zwięzłego tekstu, ktory prezentuję poniżej.

Kurdów w Turcji jest 17-20 milionów, w porównaniu do 77 milionów obywateli i do około 40 milionów Kurdów w ogóle. Turcja, jako nacjonalistyczne państwo świeckie, odmawiała Kurdom wszelkich praw — podobnie jak u nas w czasie zaborów (zwłaszcza pruskiego), tylko jeszcze bardziej. Od lat 70 w Turcji pojawiła się PKK, która prowadziła krwawą walkę przeciwko państwu — i przeciwko Turkom.

Od lat 1990, w związku z upadkiem bloku wschodniego, PKK zaczęła szukać nowej tożsamości — bo Turcja nie zmieniła swojej polityki. Do mniej więcej 2004 trwało przeorientowanie PKK z partii typu stalinowskiego na całkiem nowy kierunek — konfederalizm demokratyczny.

Zaowocowało to ograniczeniem walki zbrojnej do samoobrony, budową podziemnych struktur samorządowych i parapaństwowych, a ostatnio (od 2012) utworzeniem na terenie Syriii Autonomii Rojavy — bezpaństwowej demokracji kantonalnej.

Tymczasem w Turcji Erdogan zrobił z Kurdów zbiorowego kozła ofiarnego — wroga publicznego, na którym miała sie uziemiać cała nienawiść i lęk, zarazem jednocząc Turków w sensie narodowym. Jednak z upływem czasu (trzy kadencje jako premier, a teraz jako prezydent) Erdogan zaczął jawnie dążyć do stworzenia w Turcji prezydenckiej republiki islamskiej, bardzo po linii ISIS. Odwrót od świeckiego nacjonalizmu nie pomógł Kurdom, ale zaniepokoił wiele grup tureckich. Jednak Erdogan i jego zwolennicy bardzo brutalnie zdominowali politykę w Turcji.

W tym splocie wydarzeń, jedynym sposobem, żeby zatrzymać Erdogana, była konfrontacja polityczna. I dlatego powstała HDP. Jej źródłem jest ruch kurdyjski, ale jej sukces wynika z tego, że programowo zlamała schemat partii etnicznej i sięgnęła po wiekszość szeroko pojętej lewicy — Turków, Ormian, Kurdów (wcale nie wszystkich!) itd.

turkey-votesWczorajsze wybory zastopowały dążenie Erdogana do zmiany konstytucji i być może zapoczątkowały wypieranie go z dominującej pozycji w polityce tureckiej. Jednocześnie zmniejszyły ryzyko wojny domowej, wzmocniły pozycję sił kurdyjskich dążących do pokojowej walki o autonomię i — pośrednio, ale wyraźnie — zwiększyły szansę Rojavy na przetrwanie i rozwój. AKP straciła wiekszość w parlamencie i teraz MUSI szukać koalicjanta. Nie będzie referendum konstytucyjnego. To jest bardzo mocny sygnał, bo frekwencja wyniosła 84%.

Więcej o przebiegu wyborów: http://www.jamesinturkey.com/live-turkey-votes-2015/

hdp-victory

Zakładnicy aparatu..

…czyli dlaczego wyniki wyborów w Polsce są nieistotne.

Postawione przez krytykę fotografii pytanie brzmi następująco: jak dalece udało się fotografowi podporządkować program aparatu swojemu zamia­rowi i dzięki jakiej metodzie? I odwrotnie: jak dalece udało się programowi aparatu zmienić zamiar fotografa dla własnej korzyści i dzięki jakiej metodzie? Na podstawie takiego kryterium „najlepszą” będzie taka fotografia, gdzie fotograf przezwyciężył program aparatu w sensie swego ludzkiego zamiaru, tj. podporząd­kował aparat zamiarowi człowieka. Oczywiście istnieją takie „dobre” fotografie, gdzie ludzki duch przewyższa program. Lecz w fotograficznym uniwersum jako całości zobaczyć można, jak programom coraz lepiej udaje się zmienić ludzkie zamiary na korzyść funkcji aparatu. […]

Vilem Flusser, Ku filozofii fotografii

Ilość członków największych partii politycznych w wybranych krajach, przeliczona na milion mieszkańców. Żródło: Wikipedia i strony partyjne.
Ilość członków największych partii politycznych w wybranych krajach, przeliczona na milion mieszkańców. Żródło: Wikipedia i strony partyjne.

Państwo = demokracja + biurokracja

Współczesne państwo narodowe typu westfalskiego funkcjonuje dzięki równowadze dwóch komponentów: politycznego i administracyjnego, albo inaczej demokratycznego (przynajmniej w teorii) i niedemokratycznego. Komponent demokratyczny, wyłaniany w procedurze partyjno-wyborczo-parlamentarnej powinien decydować o tym CO państwo robi (czyli jaką politykę prowadzi), zaś administracyjny, zwany też (pejoratywnie, ale trafnie) biurokracją, decyduje o tym JAK państwo działa, a więc jaka jest treść i praktyka jego polityk.

Nawet z tych podobieństw terminologicznych widać, że zarówno zadania, jak i aspiracje obu komponentów często nachodzą na siebie. Politycy często mają własne pomysły na temat tego jak powinna działać administracja. Biurokraci, którzy mają własne interesy i uznają się — nie bez racji — za strażników tożsamości i ciągłości państwa, oceniają pomysły polityków własną miarką i zachowują się stosownie do tej oceny.

Przy czym biurokracja, administracja, czy też komponent niedemokratyczny nie powinny nam się kojarzyć wyłącznie z metaforyczną herbatą w biurze czy (obowiązkowo niekompetentną) panią w okienku. To także wysoce kompetentni specjaliści resortowi, dekadami żyjący i pracujący w strukturach — także siłowych i służb specjalnych — decydujących o sprawnym działaniu państwa. Dla nich demokratyczni politycy są tym, czym łątki jednodniówki dla drzew: pojawiają się i znikają, zaledwie pozostawiając ślady w kartotekach. Inaczej niż drzewa, biurokraci mają sposoby, aby w razie czego żywot takiej łątki znacznie skrócić, a na pewno uprzykrzyć.

Pamiętam do dzisiaj pewną ministrę czy wiceministrę finansów, która tylko raz zdążyła zapowiedzieć redukcję zatrudnienia w aparacie skarbowym. Tydzień później już miała sprawę w IPN, dwa miesiące póżniej już nie była ministrą. Nieco później, już bez rozgłosu, IPN stwierdził, że jednak nie kolaborowała z komuchami. Ale eks-ministra już do polityki nie wróciła. Lesson learned.

We cook your meals, we haul your trash, we connect your calls, we drive your ambulances. We guard you while you sleep. Do not… fuck with us.

Nawet najbardziej ideowa i szlachetna biurokracja, spadkobierczyni imperiów, ma własne wartości, własne zasady i własne sposoby działania. Jej lojalność nie zmienia sie wraz z wynikami wyborów. Dla demokratycznego outsidera jest czarną skrzynką, do której można mówić, która odpowiada, ale jej wewnętrzne procesy pozostają nieprzeniknione.

Dlatego partia polityczna, dochodząca do władzy w efekcie wyborów, staje w sytuacji opisywanego przez Flussera fotografa, próbującego robić zdjęcia zaawansowanym aparatem. Aparat ów (zbieżność nazw znów nieprzypadkowa) ma budowę dla fotografa niezrozumiałą, kieruje się własnym oprogramowaniem i tylko w ograniczonym zakresie reaguje na wydawane polecenia. Wszelkie operacje wykraczające poza zaprogramowane schematy, z dużym prawdopodobieństwem skończą się spapraniem zdjęcia, za co odpowiadać będzie oczywiście fotograf.

…tam trzeci korzysta

Naturalnym sojusznikiem aparatu biurokratycznego jest biznes. I nie mówimy tu o małych i średnich przedsiębiorcach. Mówimy o kapitalistach finansowych, pośrednich i bezpośrednich właścicielach niewyobrażalnie wielkich majątków. Właścicielach kraju. Jeśli 147 firm kontroluje 40% aktywów świata, a 787 firm kontroluje 80% aktywów, to ile podmiotów potrzeba na Polskę? 15? 20?

Ta grupa, tak samo jak biurokracja, nie lubi zmian. A dokładniej, nie lubi zmian niekontrolowanych i nieplanowanych. Dodatkowo w biznesie planuje się nie na głupie 4 czy 8 lat. Planuje się co najmniej na dekady. To, co dzieje się po drodze, to krótkoterminowe spekulacje i korzystanie z okazji. Dlatego politycy są w najlepszym wypadku użyteczni, aby wprowadzić kontrolowane zawahania w status quo, na codzień służą jako błyskotka odwracająca uwagę publiki od poważnych spraw, a w najgorszym — są drobnymi przeszkodami, które należy obezwładnić lub usunąć. Cała ta zabawa w demokrację tylko przeszkadza i wprowadza zamęt.

Miraże sondaży

Jak widać, bycie politykiem (w sensie udziału w strukturach demokratycznych) to wyjątkowo marne zajęcie. Bez dodania do tego układu jakiegoś nowego czynnika, komponent demokratyczny jest skazany na pozorowanie działań, kolaborację z biznesem i biurokracją, lub bolesne i krótkoterminowe “kopanie się z koniem”. Pod czułą opieką dwóch zachowawczych sił, scena polityczna staje się obszarem rytuału, nie mającego praktycznego znaczenia na dłuższą metę.

Każdy podmiot próbujący zaistnieć w tak zdefiniowanej przestrzeni ma do wyboru albo poddać sie kolejnym rytuałom przejścia, w których stopniowo dostosowuje się do systemu (ostatnio przekonali się o tym boleśnie Grecy), albo zasilić szeregi planktonu politycznego, lub odejść w niebyt medialny.

Jednym z żelaznych aksjomatów demokracji jest władza sondaży. Jest ona bladym odbiciem rytuału wyborczego, owego świętego rytuału demokracji; tak świętego, że niektóre partie, zamiast liczebności swych członków, podają ilości głosów zdobyte w wyborach. Na codzień zaś to właśnie wyniki sondaży są powszechnie uznawane za wyznacznik pozycji danej partii. Metaforyczna łątka bada swój wpływ na las, mierząc sobie puls co kwadrans.

Oczywiście, sondaże prowadzone są przez media i instytucje badawcze — czyli przez aparat wykonawczy biznesu. Wyniki sondaży są więc tyleż warte, co przyjacielska podpowiedź co obstawiać, od pracownika kasyna.

Postawiony w takiej sytuacji komponent demokratyczny nie ma więc wyboru. Musi iść na współpracę. Nawet najbardziej radykalne plany przeradzają sie w “grę z aparatem”, grę fotografów eksperymentalnych, o których Flusser pisze:

Są oni świadomi tego, że obraz, aparat, program i informacja stanowią podstawowe problemy, z którymi muszą się zmierzyć. I w rzeczy samej starają się, aby wy­tworzyć nieprzewidziane informacje, to znaczy wydobyć z aparatu coś, czego nie ma w jego programie. Wiedzą, że grają przeciwko aparatowi. Jednak nawet oni nie są świadomi tego, jak doniosła jest ich praktyka: nie wiedzą, że w zasadzie starają się odpowiedzieć na pytanie o „wolność” w kontekście aparatu.

O ile jednak w filozofii już sama gra ma wartość, co najmniej poznawczą, o tyle w polityce, zwłaszcza tej motywowanej moralnie, liczą się też efekty. Porażka bądź wygrana jednej lub drugiej opcji przekładają się bowiem na ludzkie losy. Szczęście i cierpienie. Życie i śmierć.

Gry uliczne

Owo “wytwarzanie nieprzewidzianych informacji” wymaga wprowadzenia do procesu czynników, które przeważą wewnętrzny automatyzm aparatu. Wymaga wzmocnienia komponentu demokratycznego tak, aby skumulowaną wiedzą i możliwością fizycznego wpływu na bieg wydarzeń przechytrzyć aparat, lub zmusić go do wyjścia poza ramki programu. Największym sojusznikiem w tym działaniu pozostaje “ulica”. Ludzie, którzy wychodzą z domów, odchodzą od telewizorów i komputerów i zaczynają prowadzić politykę na ulicy.

Dzieje się wówczas jeden z dwóch scenariuszy. Albo tworzy się masowa partia, przewyższająca swą siłą — liczbą trwale zaangażowanych, lojalnych członków — nie tylko dotychczasowe partie rządzące, ale też wpływ aparatów biznesu i biurokracji, albo taką siłę buduje oddolny ruch społeczny, który sobie potem partię tworzy lub kooptuje. W jednym i drugim przypadku niezbędna jest wielka grupa ludzi, spojona konkretnym programem politycznym, gotowa do długotrwałego działania w niesprzyjających warunkach i odporna na próby dywersji czy manipulacji.

Partie rządzące z kolei, których relacje z biurokracją i biznesem są stabilne i przewidywalne, nie potrzebują tej siły. Im mocniejsze państwo, im stabilniejsza sytuacja, tym mniej ludzi potrzeba, aby utrzymać jaką taką równowagę. To do zmiany, do postawienia wyzwania, konieczna jest przeważajaca siła.

Budowa tej siły poprzez przyrost ilości członków partii jest historycznie bardziej “naturalna” dla formacji konserwatywnych i autorytarnych. Partie deklarujące się jako lewicowe, ze swego charakteru raczej potrzebują wsparcia ruchów społecznych, nieskrępowanych konwencjami parlamentaryzmu. Ostatnio jednak ten sam model przyjęły formacje wyraźnie prawicowe i faszyzujące. Być może to własnie spowodowało, że moja znajoma, członkini SLD, stwierdziła: “czas partii masowych w Polsce minął”. To może być prawda. Ale to znaczy, że budowa masowych, “ulicznych” ruchów społecznych jest jedynym sposobem na przemiany systemowe.

Popatrzmy na sytuację wśród krajów na naszej liście. Największym zagrożeniem dla status quo w swoich krajach są Podemos (7800 członków na milion mieszkańców, wobec 18 000 rządzacej PP) i HDP (156 członków na milion wobec prawie tysiąc razy liczniejszej AKP). Ale za tymi partiami stoją wielomilionowe, od lat stabilne ruchy społeczne. Nawet bardziej niż Syriza (2700 członków na milion), są one lodołamaczami, wyznaczonymi przez społeczeństwo do rozbicia zabetonowanych układów politycznych i otwarcia przestrzeni dla nowych działań. Inaczej działają portugalscy socjaliści (8300 kontra 11 300 rządzacej RSD) którzy ostatnio ogłosili zmianę polityki na antyascetyczną. To oni dołączają do ruchu społecznego i tworzą bardzo poważną synergię. Odwrotnym przypadkiem są brytyjscy zieloni. Pozbawieni zaplecza ruchów społecznych, mimo podobnego stosunku sił jak w Hiszpanii, zdołali jedynie symbolicznie zaistnieć w ostatnich wyborach.

Arytmetyka siły

Jak musiałaby wyglądać sytuacja w Polsce, aby można było mówić o realnej możliwości zmian systemowych? Spróbujmy wyobrazić sobie, jak mogłaby wyłonić się “polska Syriza”: PLYRIZA.

Potrzebne jest zaplecze społeczne. Zdecydowany, spójny ruch — nie tylko protestu, ale też alternatywy. Proponujący choćby proste, ale jakościowo inne, niż dotychczasowe, rozwiązania. Jaka musiałaby być skala takiego ruchu? “Movimiento 15-M“, który dał początek Podemos, objął w swoim czasie około 7 milionów ludzi. Przeliczając na polską populację daje to 5 i pół miliona. Liczebność partii reform w stosunku do partii rządzącej to około 40% — w Polsce jest to więc około 18 tysięcy; ale Syriza siegnęła po władzę, mając 2700 członków na milion mieszkańców, co w Polsce oznacza ponad 100 000 członków (a Syriza nie jest uznawana za partię masową!).

Wreszcie, gdy dochodzi do wyborów, a więc nadania mandatu do dokonania reform na dużą skalę, mamy znów przykład Syrizy: przy frekwencji 63% i udziale głosów 36%, Syriza dostała bezpośrednie upoważnienie do działania od ponad 22% populacji. Jak to wyglądało w ostatnich wyborach w Polsce? Frekwencja: 49%, udział głosów PO: 39% ale mandat bezpośredni tylko od 18% wyborców.

Widać wyraźnie, że bez silnego poparcia społecznego obecne partie — nawet gdyby chciały — nie mają dość sił żeby cokolwiek zmienić. Mogą jedynie kolaborować z silniejszymi graczami — z aparatem — licząc na jakieś niespodziewane uśmiechy losu.

Z drugiej strony partia nastawiona na radykalną zmianę, zbudowawszy silny ruch poparcia, ma do zyskania wiele głosów. Samo wyrównanie do poziomu frekwencji w Grecji dałoby jej wynik porównywalny z ostatnim wynikiem PiS. Jednak zwycięstwo wyborcze bez dalszego poparcia “ulicy” nie da jej dość sił, aby spowodować trwałe zmiany.

To wszystko są oczywiście bardzo przybliżone liczby, ale widać z nich jasno, że warunkiem wyjścia z układu dwóch wiodących partii, udomowionych przez biurokrację i biznes, jest powrót do korzeni: zbudowanie porywajacego, konkretnego programu politycznego, porównywalnego z Programem z Tessalonik, popartego przez masowy ruch społeczny, przekraczający dotychczasowe podziały. Wtedy nie tylko zwycięstwo wyborcze, ale rzeczywista zmiana polityki i wręcz ustroju, będzie w zasięgu ręki.

I na koniec niech znów przemówi filozof.

To byłoby właśnie to, ku czemu zmierzała podjęta próba, możemy zatem przed­stawić kilka wniosków: po pierwsze, można przechytrzyć głupotę aparatu. Po drugie, można przeszmuglować do jego programu ludzkie zamiary, które nie są w nim przewidziane. Po trzecie, można zmusić aparat do wytwarzania nieprzewidzianego, nieprawdopodobnego, nasyconego informacją. Po czwarte, można pogardzać aparatem i jego wytworami oraz w ogóle odwrócić od nich uwagę, a skoncentrować się na informacji. Krótko mówiąc: wolność to strategia podboju przypadku i konieczności przez ludzkie intencje. Innymi słowy, wolność „to wymóg gry przeciw aparatowi”.

Filozofia fotografii jest konieczna, aby praktyka fotograficzna stała się w pełni świadoma. A to zaś w tym celu, że z praktyki tej wyłania się model dla wolności w kontekście postindustrialnym. Filozofia fotografii musi wykazać, że nie ma miejsca dla ludzkiej wolności w zakresie automatycznych, programowalnych i pro­gramujących aparatów i wreszcie na koniec musi pokazać, w jaki sposób jednak możliwe jest, aby dla tej wolności stworzyć odpowiednią przestrzeń. Celem filo­zofii fotografii są rozważania dotyczące tej potencjalnej wolności – a przez to i nadanie sensu życiu – w świecie opanowanym przez aparaty, w obliczu przypad­kowej konieczności śmierci. Potrzebujemy tego rodzaju filozofii, gdyż jest ona jedyną formą rewolucji, jaka nam ciągle pozostaje dostępna.

Dziekuję Mateuszowi, który zapoznał mnie
z “najważniejszym esejem współczesnej filozofii”
i Beretowi, który — natchniony — zwrócił nań moją uwagę.

W Stronę Demokracji Bezpaństwowej

Okładka "W stronę demokracji bezpaństwowej" - A. Ocalan, J. Biehl, D. Dirik, K. Nawratek
Kliknij, aby pobrać ebook!

Demokracja tam tylko wyrasta, gdzie jest potrzebą mas ludowych. Zjawia się ona jako reakcja przeciwko zachłanności państwa, jako konieczna obrona samorodnych instytucji, zorganizowanych interesów ekonomicznych i kulturalnych ludu przeciw biurokracji.”

Edward Abramowski

Nie było nam dane wyruszyć do Kobane, aby z pierwszej linii frontu relacjonować wydarzenia. Mogliśmy jedynie z daleka, posiłkując się relacjami innych i zmysłem analitycznym, przedstawiać Czytelni(cz)kom historię oblężenia i implikacje tego, co się działo. Dzisiaj, gdy Kobane jest już wolne, a ISIS jest w militarnym odwrocie, najwyższy czas, abyście dowiedzieli się, skąd wzięła się Rojava, jakie są jej korzenie ideowe i jaka ideologia z nich wyrosła. Albowiem, kiedy obrończynie i obrońców Kobane pytano, dlaczego tak nieustępliwie walczą, odpowiadały zawsze, że walczą o idee Rojavy, o wartości ważne dla całej ludzkości.

Jesteśmy przekonani, że dla europejskiej kultury politycznej konfederalizm demokratyczny, ucieleśniony w Autonomii Rojavy, jest ważny. Jest ważnym przykładem praktycznego wdrażania samorządności i sprawiedliwego ustroju, w skrajnie nieprzyjaznym otoczeniu. Tym, czym dla mieszkańców Ameryk (zwłaszcza ich łacińskiej części) jest społeczeństwo neozapatystowskie w meksykańskim Chiapas, tym dla nas stać się może Autonomia Rojavy i kurdyjskie dążenie do konfederalizmu demokratycznego.

Zarówno myśl Bookchina, jak i praktykę Rojavy, chcemy wprowadzić do polskiego dyskursu politycznego. Planujemy następne publikacje, zarówno badające założenia ideologiczne, jak i opisujące praktykę ich wdrażania. Jeśli uda nam się wzniecić dyskusję, zasiać ferment i wzbudzić refleksję, uznamy to za spełnienie naszej misji.

Niniejsza publikacja nie mogłaby się ukazać bez życzliwości i wsparcia wielu osób, a w szczególności Laurance’a Bahri i Sherman’a Ghazi, którzy dali impuls do rozpoczęcia realizacji projektu.

Zespół The International Initiative „Freedom for Abdullah Ocalan – Peace in Kurdistan”, który skompilował i przetłumaczył na angielski i niemiecki „Konfederalizm Demokratyczny”, wyraził zgodę na wykorzystanie tej fundamentalnej pracy jako rdzenia naszego zbiorku.

Autorki i Autorzy pozostałych tekstów oraz ilustracji zechcieli wesprzeć publikację, udostępniając je bezpłatnie i na otwartej licencji.

Wreszcie sympatycy Freelabu, zwolennicy Autonomii Rojavy oraz nasi przyjaciele z sieci i nie tylko, zapewnili nam wsparcie i pokrzepiającą krytykę.

Dziękujemy im wszystkim.

O ile nie zaznaczono inaczej, materiały w niniejszym zbiorze opublikowane są na zasadach Creative Commons – Uznanie Autorstwa – Na Tych Samych Zasadach – Międzynarodowe – 4.0

Creative Commons License
W Stronę Demokracji Bezpośredniej by FreeLab and respective Authors is licensed under a Creative Commons Attribution-ShareAlike 4.0 International License.

Alternatywna lokalizacja plików (więcej formatów): Archive.org (pamiętamy o Aaaronie Swartzu).

Twórcy Historii

Stanowimy dziś Imperium i działając, tworzymy swoją własną rzeczywistość. Podczas gdy wy ją badacie, tak dogłębnie, jak to możliwe, my wciąż działamy, tworząc kolejne rzeczywistości, które wy znów będziecie badać; taki jest porządek rzeczy. My jesteśmy Twórcami Historii, a wam wszystkim pozostaje jedynie studiować to, co my tworzymy.”1

Wysokiego szczebla amerykański urzędnik zgrabnie ujął w tych słowach istotę wspaniałego amerykańskiego powojennego zuchwalstwa*. Nie raz, a dwa razy po II Wojnie Światowej Stany Zjednoczone rozpruły istniejącą rzeczywistość, aby zszyć ją na nowo, po swojemu. Continue reading Twórcy Historii

Dlaczego Dochód Podstawowy?

Dlaczego UBI (Uniwersalny Dochód Podstawowy) jest godzien wprowadzenia

Bardzo ciekawa dyskusja na temat relacji między pracą najemną i przydatnością społeczną (która to relacja już dawno przestała być ścisła i jednoznaczna) odbywa się teraz wśród młodego pokolenia (głównie poza Polską, rzecz jasna). Ludzie kończą szkoły i orientują się, że główny cel edukacji – przygotowanie ich do udziału w rynku pracy – był fałszywy podwójnie: rynek pracy kurczy się, a ponadto poprzednie pokolenie jest najlepszym dowodem, że taka właśnie formacja społeczna jest toksyczna.

DZIĘKI temu, że zorientowali się w oszustwie, zaczynają zadawać pytania i szukać innych form działania, które dadzą im poczucie sensu. Dość ciekawy (choć nie w pełni się z nim zgadzam) jest nurt poszukiwań widoczny na http://edgeryders.eu/the-edgeryders-guide-to-the-baltic – warto poczytać podlinkowane tam wątki. Dyskusja rozpoczęta pod hasłem “Co zrobić, żeby więcej młodych ludzi zagarnąć na rynek pracy” poszła w całkiem innym kierunku…

Dlaczego o tym piszę? Ano dlatego, że UBI jest sposobem na finansowanie niewyalienowanej pracy, tj. pracy nie będącej towarem rynkowym.

Fetyszyzm pełnego zatrudnienia (w skali mikro i makro) powoduje, że nie ma kto i kiedy wykonywać tej pracy, a nade wszystko, jej wykonywanie jest oceniane bardzo nisko w skali wartościowania społecznego.

W efekcie, społeczeństwa (zwłaszcza w naszym obszarze) zaczynają poważnie cierpieć skutki braku podaży pracy _społecznie_potrzebnej_ ale wyrzuconej poza rynek.

Próbowano tę pracę urynkowić (np. przeprowadzono szacunkową wycenę wartości pracy kobiety prowadzącej dom dla swojej rodziny), ale to nie zadziałało (śmiem się cieszyć z tego). UBI jest pójściem w drugą stronę.

jeśli wszyscy dostaną jakiś dochód, wszyscy będą mogli (a wielu zechce) wykonać trochę pracy nierynkowej. Jeśli ten proces się uruchomi, to po kilkunastu-kilkudziesięciu latach okaże się, jaki poziom równowagi ustali się między pracą rynkową i nierynkową. Obecnie dziejące się zmiany paradygmatu produkcji uzasadniają zbadanie możliwych zmian paradygmatu dystrybucji.

Naprzód disclaimer

Jednym z najczęstszych ataków, za to 100% demagogicznych, jakie pojawiają się przy tego rodzaju dyskusjach, jest wist w stylu “ale nie może być, że wszyscy” i jego wariant “ale je tak nie chcę”.

Żeby oszczędzić mitręgi, informuję, że nie proponuję dyskusji nad jedynym i najlepszym systemem. Powiem więcej – systemy społeczne, które mogą się wydawać znakomite w skali nawet średnio-dużej, ZAWSZE będą szkodliwe, jeśli miałyby się stać monopolami. Wytłumaczenie na żądanie.

Natomiast zarys tego, jak proponuję modelować interakcje między modelami, wewnątrz metamodelu, znajdziecie opisany w felietoniku The Protcol, or primordial political soup.

Krótko: ŻADEN (nawet ten, który sam staram się praktykować) model społeczny NIE POWINIEN być dominujący, ani tym bardziej monopolistyczny. Więc z tym wątkiem dajcie sobie spokój.

Założenia i konwencje terminologiczne

W poniższym tekście staram się znaleźć fundamentalne uzasadnienie dla wprowadzenia krajowego – na skalę Polski – UBI (w najprostszej i najtańszej formie: bezwarunkowego, jednakowego dla wszystkich “pogłównego inaczej” – nieopodatkowanego, niezajmowalnego, automatycznie wypłacanego “na pesel”).

Podkreślam: szukam uzasadnienia – czyli wywodu, który pozwoli wyjść od pewnych założeń co do rzeczywistości i w zgodzie z nimi zaakceptować zasadność (niekoniecznie techniczną możliwość) takiego świadczenia.

Konkretnie poddaję badaniu spojrzenie na, że Polskę jako dobro wspólne (the commons – patrz poprzednia duża dyskusja http://pl.scribd.com/doc/127129074/Hakerzy-o-dobru-wspolnym), oraz (dla tych, którym nie odpowiada paradygmat Commons), jako własność społeczną – wspólne przedsięwzięcie gospodarcze.

Ponieważ analizujemy temat wypłaty finansowej, oczywiście rozumienie terminów wieloznacznych idzie – dla potrzeb tego wywodu – w stronę materialno-gospodarczą. Tak więc termin “Polska” należy tu rozumieć jako zestaw materialnych i niematerialnych składników majątku narodowego (nieco szerzej, niż majątek Skarbu Państwa), wykorzystywanych w sposób produktywny i generujących strumień pożytków natury materialnej.

Podejście pierwsze: Polska jako Dobro Wspólne (the Commons)

Struktura dobra wspólnego (patrz w tym zbiorku Dobro wspólne prostym językiem wyłożone), przypominam, to trzy nierozłączne komponenty: zasób (a to Polska właśnie), społeczność opiekunów (obywatele) i zestaw zasad rządzących relacjami związanymi z Commons (Konstytucja, na dobry początek).

Konstytutywną cechą Commons jest nienaruszalność i zakaz monetyzacji zasobu. Wynikać z tego będzie cel podstawowy działań opiekunów: zachowanie zasobu i przekazanie go w stanie niepogorszonym następnym pokoleniom.

Jednocześnie, strumień pożytków pobieranych z zasobu (bez uszczerbku dla celu podstawowego) jak najbardziej może podlegać dystrybucji (i monetyzacji), zgodnie z zasadami ustalonymi przez społeczność (w tym przypadku – ogół obywateli).

Mamy więc model, w którym sama przynależność do społeczności (obywatelstwo – obecnie głównie przez urodzenie) i spełnianie nałożonych przez społeczność obowiązków minimalnych (różnego rodzaju powinności obywatelskie) daje uprawnienie do korzystania ze strumienia pożytków, płynących ze wspólnego użytkowania zasobu.

Przypominam, że ważnym elementem rachunku ekonomicznego commons jest zasada solidarności, która – między innymi – anuluje stopę dyskontową jako czynnik decyzyjny. Powoduje to, że wyprzedaż majątku Polski staje się jawną niegospodarnością.

W tym modelu nie ma żadnych elementów, które implikowałyby zróżnicowanie dostępności do strumienia pożytków (wynagrodzenie za pracę i ponadstandardowe świadczenia dla społeczności pozostaje całkowicie poza tym modelem, ale oczywiście istnieje). Wręcz przeciwnie, powiązanie tych pożytków z zasobem, którym wszyscy, na równych zasadach, się opiekujemy, wyraźnie wskazuje, że udział w owych pożytkach także powinien być równy.

Pod pewnymi względami już tak jest. Pewne pożytki z Rzeczypospolitej są domyślnie jednakowo dostępne dla wszystkich: opieka konsularna, bezpieczeństwo militarne, udział w życiu politycznym – na przykład. Obywatel, dodatkowym kosztem (legalnym lub nie), może sobie zapewnić wyższy poziom owych świadczeń, ale poziom podstawowy jest dostępny dla wszystkich.

Nie wymaga żadnego naginania zasad dodanie do tego świadczenia finansowego. Po prostu kolejny pożytek, do którego, na zasadzie solidarności, ma prawo każdy obywatel.

Więcej, tak JUŻ SIĘ DZIEJE – wszyscy SOLIDARNIE odpowiadamy np. za dług publiczny RP! Oznacza to, (http://www.zegardlugu.pl/) że w samych odsetkach każdy obywatel płaci te 1300 zł rocznie. To jest właśnie nasz udział w (ujemnym, z powodu złego zarządzania) strumieniu pożytków finansowych.

Oczywiście, dokładną miarą owego strumienia pożytków byłby coroczny bilans gospodarczy Państwa, ale takowego się nie robi. Robi się rożne inne, oderwane od rzeczywistości (jak PKB) kalkulacje, które nie pokazują rzeczywistej efektywności gospodarowania zasobami Polski, ani też stanu dobra wspólnego.

Podejście drugie: Polska jako własność wspólna

Innym paradygmatem, który pozwala uzasadnić istnienie UBI jest przyjęcie, że Polska jest własnością zbiorową jej obywateli. W związku z tym, obywatelom, jako udziałowcom, należy się dywidenda. Jest to koncept, który daje słabszą ochronę długoterminową majątku (nie ma bezwzględnego zakazu jego prywatyzacji). Z drugiej strony, daje korzyści psychologiczne, bo współcześni lepiej się czują jako właściciele, niż jako tymczasowi użytkownicy. Zasadniczo, z punktu widzenia pojedynczego obywatela, różnica byłaby niezauważalna.

Z punktu widzenia makroekonomii pojawia się kategoria decyzji, wymagających wyboru między sprzedażą części majątku, a jego zagospodarowaniem w inny sposób. Poddanie zarządu majątkiem Polski regułom rachunkowości rynkowej spowodowałoby też wejście stopy dyskontowej do procesu decyzyjnego, a więc skomplikowanie analizy i oceny poza możliwości poznawcze przeciętnego obywatela. I to jest zdecydowana wada.

Wadliwy, czy nie, ten model także uzasadnia istnienie UBI (traktowanego jako dywidenda obywatelska), ze wszystkimi skutkami społeczno-politycznymi.

Oficjalne wprowadzenie kategorii gwarantowanego udziału w pożytkach z majątku publicznego (choćby w wysokości 1 PLN rocznie) spowoduje bardzo interesujące implikacje polityczne – z obowiązkiem rozliczania się zarządców majątku przed beneficjentami przede wszystkim.

Ponieważ taki zuniformizowany dochód i związana z nim sprawozdawczość dadzą się bardzo tanio wprowadzić, a jednocześnie realia są takie, że przez następne 10 lat UBI nie spowoduje masowego porzucania pracy zarobkowej, powód ogólnego oporu wobec koncepcji leży chyba gdzie indziej…

Lud nasz jest dziki, lecz genialny

 “Z kim graniczy Rosja? Z kim chce. A z kim chce? Z nikim.”

18 marca 2014 roku prezydent Rosji, Władimir Władimirowicz Putin ogłosił powrót Rosji do aktywnej roli w polityce światowej. W orędziu do Zgromadzenia Narodowego, przygotowującym formalne zatwierdzenie aneksji Krymu, zapowiedział, że Rosja będzie aktywnie bronić interesów swoich obywateli, Rosjan na całym świecie i swoich interesów państwowych, „nawet gdyby miało to oznaczać trudne relacje z naszymi partnerami”.

Możemy bezpiecznie uznać, że Imperium Rosyjskie przebudziło się ze śpiączki, w której trwało przez ostatne dwie dekady i szykuje się do kolejnej ekspansji. Warto więc przypomnieć, co wydarzyło się „w poprzednich odcinkach”.

Złote czasy cesarstwa

Druga połowa 19. wieku to czas „europeizacji” Imperium Rosyjskiego. Zarówno wewnętrzne reformy, szczególnie rozbudowujący się industrialny kapitalizm, jak i ofensywa dyplomatyczna, dynamicznie zmieniały wizerunek Rosji z kraju, gdzie lud „dziki, lecz genialny”, na aspirującego uczestnika światowej śmietanki towarzyskiej. To był prawdopodobnie jedyny okres w historii, kiedy rządzące w Rosji grupy rzeczywiście widziały użyteczność w dołączaniu do światowego establishmentu i były gotowe zapłacić za to cenę pewnej liberalizacji w polityce wewnętrznej. Doskonale służyła temu także wygrana rywalizacja z Imperium Ottomańskim – paszport do grona chrześcijańskich mocarstw Europy, a zarazem wzmocnienie narodowo-religijnej tożsamości Rosjan. Zapamiętajmy również, że właśnie wtedy Rosja oficjalnie wzięła udział w grabieży Chin – temat, do którego niebawem przyjdzie nam powrócić. Jednak w owych czasach nikt nie spodziewał się odrodzenia Milczącego Smoka. Potężne, chrześcijańskie cesarstwo, pogromiwszy Turków, z fanfarami przekształcało się w porządne europejskie mocarstwo. Z drobnymi wyjątkami na Kaukazie i w Polsce, narody poddane Imperium także korzystały z dobrodziejstw cywilizującego się państwa.

Rosja była już wtedy potężna, a była na najlepszej drodze, aby stać się ważna. Kierunek wydawał się jasny: poprzez reformy wewnętrzne Rosja kierowała się w stronę monarchii parlamentarnej, a poprzez dyplomację i działania tajnych służb – w stronę światowego imperium, bezpośredniego konkurenta Wielkiej Brytanii. Dążenia te wspierał wciąż przyspieszający rozwój technologii, eksploracja bogactw naturalnych Syberii i napływ kapitałów, przyciąganych przemyślaną i skuteczną propagandą.

Wiek dwudziesty, to wyścig między kruszącą się potęgą cesarstwa absolutnego, a reformami demokratyzującymi. Lawinowe przemiany społeczne, a także coraz gęstsza atmosfera w stosunkach międzynarodowych, oznaczały nowe kłopoty i wyzwania dla władzy państwowej. Absolutystyczna tradycja, wyjątkowo silna w Rosji, utrudniała przemiany, zwłaszcza w obliczu biologicznego słabnięcia dynastii. Jednak urzędnicy i arystokracja nie dawali za wygraną. Administracja, tajne służby, dyplomacja – kręgosłup i system nerwowy imperium rozrastały się i rozwijały. Władcy świata do dzisiaj czerpią z tamtej epoki rozwiązania i inspiracje.

Cesarstwo (choć nie Imperium) ostatecznie wyścig przegrało. I niekoniecznie z powodu rewolucji (i kontrrewolucji) z lat 1905-1907. Słabnące państwo dobił – skądinąd nieunikniony – udział w Wielkiej Wojnie. Jak oportunistyczne bakterie, infekujące osłabionego nosiciela, wewnętrzne i zewnętrzne grupy interesów stowarzyszyły się i doprowadziły do dramatycznego końca Cesarstwa Rosyjskiego.

Elektryfikacja i władza rad

Zmiana władzy trwała ponad pięć lat. Ostateczne zwycięstwo nowego porządku, proklamowanego w retoryce komunistycznej, przesłoniło obserwatorom fakt, że imperium wyszło z okresu przemian okrojone, ale pełne nowej energii. Zarzucono próby dostosowania się do światowego establishmentu (który zresztą po Wielkiej Wojnie totalnie zbankrutował politycznie) na rzecz powrotu do koncepcji populistyczno-absolutystycznych (unikalny produkt rosyjski ;-) ). Imperium nie miało ochoty być grzecznym debiutantem, czekającym aż dorośli uznają jego wartość. Zaczęło grać według własnych reguł.

Industrializacja, militaryzacja, ekspansja terytorialna i rozbudowa struktur wewnętrznych zajęły znaczną część lat dwudziestych i trzydziestych poprzedniego stulecia. W przebraniu przodującej ideologii społecznej i pod tymczasową nazwą Związku Sowieckiego (Radzieckiego), Imperium przygotowywało się do nowej rundy integracji z Europą – tym razem przez zbrojny najazd. Odziedziczona po poprzedniej władzy sprawność w dziedzinie tajnych służb, propagandy i dyplomacji posłużyła do uprzedzającej ofensywy informacyjnej, zmiękczającej opór i siejącej lęk. Europa była prawie gotowa do konsumpcji.

Święta wojna, czyli rytuał przejścia

Spóźnione ambicje imperialne Niemiec, które już raz pchnęły Europę do wojny, zadziałały ponownie, wsparte demokratycznym mandatem niemieckiego społeczeństwa, sfrustrowanego i upokorzonego wynikiem poprzedniej próby. Masowa inżynieria społeczna, oparta na amerykańskich doświadczeniach z Wielkiej Wojny, podbudowana teoriami – o zgrozo – żydowskiego psychiatry z Wiednia, w ciągu kilku lat dokonała tego, co normalnie wymaga stuleci: stworzyła Tysiącletnią Rzeszę – ex nihilo imperium.

Pozornie sojuszniczy, nowy gracz chwilowo przerósł starego. Hitler i Stalin prowadzili ze sobą złożoną grę; każdy próbował oszukać drugiego, zanim zada mu cios. Stawką było – jak zwykle w tym towarzystwie – władanie co najmniej Eurazją. Niemcy, startując z pozycji mocarstwa industrialnego, miały na początku przewagę nad wciąż agrarno-surowcową Rosją. Łatwiej i szybciej jest zbrojnie zdobywać dostęp do surowców, mając własną, zaawansowaną infrastrukturę naukową i przemysłową, niż odwrotnie. Dlatego Hitler musiał zaatakować pierwszy, licząc na skuteczność blitzkriegu.

Rosja miała jednak nie tylko swoje standardowe atuty: przestrzeń, klimat, zasoby naturalne, na śmierć i życie oddane masy ludzkie. Tym razem, po raz pierwszy, po stronie Imperium stanęło „gęste otoczenie społeczne” – Wielka Brytania, USA i inne kraje alianckie desperacko potrzebowały sojusznika na wschodzie. Strategiczne surowce, technologie, gotowy sprzęt, koncesje polityczne – wszystko to wzmocniło wysiłek wojenny milionów obywateli. Nie tylko scementowało i dało wspólną „historyczną tożsamość” na której dzisiaj odbudowuje się siła imperium, ale też dało poczucie własnej wartości. Wielka Wojna Ojczyźniana, do dzisiaj ważniejsza dla Rosjan, niż jakaś tam druga światowa, jest dla nich dowodem, że bez Rosji świat przepadłby w otchłani faszyzmu. Zwycięstwo nad „hitlerowską bestią” stało się kolejną kotwicą mentalną obywateli Imperium, dającą im wspólny powód do dumy – a zarazem oczekiwania wdzięczności od ocalonego przed zagładą świata.

Z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Rosja wyszła w pełni imperialnego narcyzmu, znów pewna swojej dziejowej misji i umocniona w przekonaniu, że skoro świat jej nie akceptuje, to jest to jego problem.

Nie należy też zapominać, że ugrała przy okazji potężne zdobycze terytorialne, polityczne, łupy wojenne materialne i nie tylko (niemieckie technologie i ich twórcy). W sumie, stalinowski Związek Radziecki był największym wygranym Drugiej Wojny Światowej.

Imperium zła

Internacjonalistyczna ideologia walki klas; rewolucyjna doktryna polityczna; sprawiedliwość społeczna; socjalizm realny; walka o pokój; antyimperializm; antykolonializm. Liczne – jak to się teraz mówi – buzzwords towarzyszyły kolejnemu półwieczu starć imperialnych na całym świecie. W tym okresie protagonistami były Rosja i USA – początkowo jedyne, potem wiodące mocarstwa atomowe. Jedynym rzeczywistym kryterium ich rywalizacji był poziom strachu przed atomową „śmiercią nagłą, a niespodziewaną”, jaką mogły zesłać na siebie wzajemnie, oraz (całkowicie przy okazji) na resztę ludzkości. Przez około 50 lat perspektywa nagłego wyparowania w (termo)nuklearnej eksplozji – lub powolnej, obrzydliwej śmierci od promieniowania i trucizn po wybuchu – rządziła zbiorową wyobraźnią ludzkości. Cała reszta: „zimna wojna”, „proxy wars”, „star wars”, cały rozwój kultury, gospodarki, technologii, psychologii, polityki – to wszystko, na całym świecie, stymulowane było ciągłym oczekiwaniem, kiedy ktoś, w symbolicznym Waszyngtonie lub symbolicznej Moskwie, naciśnie śmiercionośny czerwony guzik.

Oprócz niektórych religii, nie było w dziejach ludzkości tak potężnego i powszechnego „leitmotivu”; jednolitego punktu odniesienia dla tak wielu ludzkich umysłów, przez czas ponad trzech pokoleń.

Imperium – tym razem definiujące się poprzez zdolność obrócenia świata w radioaktywny popiół – wzmacniało przez te lata przekonanie, że „dobrze jest, jeśli nas kochają, ale jeszcze lepiej, jak się nas boją”. I przez większą część tego czasu udowadniało, że należy się go bać. Rosja ostatecznie zarzuciła oczekiwania, że reszta świata ją pokocha, zrozumie, uszanuje, czy zaakceptuje. Militarna siła, wspierająca brutalną (acz finezyjną) dyplomację, zaawansowaną inżynierię społeczną, rozbudowane tajne służby i bezwzględną kolonizację gospodarczą, stała się podstawą tożsamości i budowania relacji z resztą świata. „Ty zobacz, jak się nas boją” powiedział swemu koledze jeden z radzieckich naukowców-stażystów, podczas wizyty w USA, komentując gościnność, prezenty i inne oznaki życzliwości ze strony gospodarzy. I kto wie, mógł mieć rację.

Ale to nie ocaliło imperium przed przegraną. Zimna wojna zakończyła się bez wystrzelenia choćby jednej rakiety, ale zwycięzca był oczywisty – i tym razem nie była nim Rosja.

O pożytkach z przegrywania wojen

8 grudnia 1991 roku prezydent Rosji Borys Jelcyn podpisał porozumienie o likwidacji ZSRR. Rozpoczął się kolejny okres przejściowy w życiu Imperium, tym razem z jednej strony bardzo długi – ponad 22 lata – a z drugiej wyjątkowo mało krwawy.

Jak okręt, którego załoga odcina zwalone przez burzę (lub pociski) maszty i reje, Rosja musiała pozbyć się sporej ilości zasobów terytorialnych i niewielkiej części złudzeń, aby znów zacząć szukać swojej tożsamości. Utrzymywany od ponad 70 lat, na wewnętrzne i zewnętrzne potrzeby, wizerunek przodującego społecznie, internacjonalistycznego i rewolucyjnego, nowego narodu radzieckiego skończył się. Bacznemu obserwatorowi, którego nie zaślepiały czerwone sztandary i retoryka rewolucyjna, rzuciło się w oczy, jak błyskawicznie w umysłach obywateli przyjął się znów wizerunek imperialnej Rosji, Trzeciego Rzymu i jądra integracji eurazjatyckiej. Aspiracje do demokracji w stylu Zachodu były efemeryczne i nie do pogodzenia z mocarstwowością.

Natomiast potężnym nowym składnikiem rosyjskiej mieszanki stał się kapitalizm. Zamrożone i przez dekady odcięte od nowoczesności społeczeństwo odkryło postindustrialne uroki konsumpcji, bogacenia się i ostentacji. „Oni może wiedzą, jak zarabiać pieniądze, ale my wiemy, jak je wydawać!” chwalił się anonimowy Nowy Ruski, wydając kolejne przyjęcie, szokujące przepychem gości w Biarritz. Nastał czas akumulacji pierwotnej – i równie pierwotnej błazenady.

Ale za tym kolorowym blichtrem, za zwodniczymi efektami specjalnymi, Imperium zaczynało się scalać. Ludzie armii, dyplomacji, tajnych służb i biznesu – niezawodni budowniczowie każdego imperium – formułowali plany, nawiązywali sojusze, gromadzili zasoby. Rosyjscy patrioci, nieodmiennie wierzący w wyjątkowość Rosji i jej misję dziejową, zwierali szyki. Widzieliśmy ich w telewizji – starych i młodych, hałaśliwych, często brutalnych, czasem po prostu śmiesznych. Nie widzieliśmy tych, którzy pracowali w sztabach, instytutach naukowych, strukturach rządowych i partyjnych. Którzy odbudowywali stopniowo siłę Rosji, siłę imperium.

Ich szansą okazała się nie tylko naiwność reszty świata, który – pod batutą USA – wierzył, że Rosja zredukowała się sama do wymierającego post-mocarstwa, do kolejnego No Man’s Land, tylko trochę większego – gotowego przyjąć globalistycznych kolonizatorów. Ich szansą przede wszystkim okazał się totalny i niezaprzeczalny krach poprzedniego paradygmatu. Jak kometa, zmiatająca dinozaury i otwierająca drogę ssakom, całkowita porażka w zimnej wojnie otworzyła drogę tym, którzy chcą na gruzach komunizmu stworzyć nowoczesne Imperium Rosyjskie, rodem z 21. wieku.

To jest najważniejsza informacja, jaką powinni sobie przyswoić wszyscy, którzy za wschodnią granicą Unii Europejskiej szukają „czerwonego”. Nie ma już starego wroga. Jest odrodzona Rosja, przeczołgana zimną wojną, ale po 20 latach odbudowy gotowa na całkiem nowy etap.

Ta Rosja patrzy właśnie w naszą stronę.


Dziękuję mojej partnerce, Nataszy, za daleko idącą konsultację treści i formy tego rozdziału.Dzięki niej udało się usunąc kilka poważnych niedoskonałości, które do niego wniosłem.