Category Archives: Świat

Świat przenicowany

Rozważania w wagoniku

Nie ma ludzi niewinnych,
są tylko źle przesłuchani

Branżowy dowcip jednego z moich dawnych nauczycieli przypomniał mi się dzisiaj rano na spacerze z psami. Nie cierpię, jak mnie nasze akity odrywają rano od klawiatury, kiedy właśnie w transie odrabiam poranną szajsbookową prasówkę. Ale półgodzinna przechadzka po bezludnej plaży, nad zamglonym Egejem, daje chwilę dystansu i czas na uporządkowanie myśli. Tak było i dzisiaj. Continue reading Rozważania w wagoniku

Völkerwanderung GmbH

Pewien człowiek, zapewne chodząca zacność, ale niezbyt przenikliwy, zaprosił mnie na event Młodzieży Wszechpolskiej. Marsz pod nazwą mniej więcej “Imigranci są be, nie lubimy imigrantów”.

stop-imigrantomNawet gdybym, (z)wiedziony dobrymi intencjami rzeczonego Pana, wybrał się tam, w ciągu pół godziny interakcji zostałbym zapewne — ZASŁUŻENIE — równo obity jako lewak, sprzedawczyk i w ogóle element antypolski. Brak obicia z kolei oznaczałby, że dałem się zastraszyć, zrezygnowałem z mówienia głośno, co myślę, a więc jestem złamas, oportunista i tchórz.
W tej sytuacji chyba lepiej, że do Warszawy mam niespełna 2 tysiące kilometrów, a brak kasy i czasu trzyma mnie skutecznie w Grecji.

Jednakże nie da się ukryć, że lektura tekstów towarzyszących planowaniu wydarzenia była bardzo pouczająca. Oto nauki, jakie z niej wyciągnąłem:

1. Nikt nie próbuje zajrzeć za zasłonę dymną i dowiedzieć się DLACZEGO Niemcom tak zależy na przyjmowaniu uchodźców w Europie. Otóż cała jazda z przyjmowaniem uchodźców polega na tym, że Niemcy — i reszta bogatych, starzejących się społeczeństw Europy — desperacko potrzebuje świeżej krwi. Ale oczywiście nie byle jakiej. Dlatego właśnie to Niemcy rozpuściły w świat takie oto zaproszenie:

Jednocześnie, w ramach tzw. Umowy Dublin 2 (https://en.wikipedia.org/wiki/Dublin_Regulation) — nie znalazłem po polsku — przerzuciły obowiązek przyjmowania azylantów na państwa graniczne Unii, w tym Grecję, Włochy i Polskę.

W ten sposób powstał trzystopniowy tor przeszkód dla kandydatów na stanowisko poddanego Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii, czy Norwegii:

  • Musisz dotrzeć do Europy żywy i niezbyt przemoczony. Wymaga to kasy, determinacji i szczęścia.
  • Musisz przebić się przez kraje graniczne, które mają obowiązek Cię zatrzymać. Ostatnio coraz mniej gorliwie wykonywany. Ale nadal musisz wykazać się inteligencją i wytrwałością.
  • Musisz złożyć wniosek o azyl lub inną legalizację pobytu w Niemczech czy gdzie tam chcesz i liczyć na to, że uznają Cię za wystarczająco pożytecznego dla niemieckiej potęgi, żeby Cię wybrać.

Tymczasem kraj, w którym się zatrzymałeś, ma się o Ciebie troszczyć, a jeśli Twój wniosek zostane odrzucony, powinien Cię odesłać (na własny koszt) z powrotem.

Z tego systemu Niemcy i reszta bogaczy mają same profity — darmową dostawę najbardziej energicznych i najlepiej wykształconych kandydatów. Oczywiście w pierwszej kolejności tych, którzy przebili się przez wszystkie bariery i zatrzymali się już w Niemczech. Ci, co byli na tyle słabi lub naiwni, żeby utknąć po drodze, mają nikłe szanse na wpuszczenie do niemieckiego raju.

Państwa graniczne z profitów mają pomoc finansową na budowę umocnień granicznych, obozów i środki przymusu bezpośredniego (co się nie zmarnuje, bo własnych obywateli też trzeba czymś bić i polewać). Za to zbierają całe odium i potępienie za strony pro-imigranckich grup, oraz muszą znosić napięcia społeczne typu marszu, na jaki mnie zaproszono. Oraz kontrmarszów.

witamy-migrantowWłochy nieśmiało, a Grecja niemal ostentacyjnie, odmawiają ostatnio pełnienia tej roli. W efekcie rząd grecki skupia się na zapewnieniu migrantom jak najszybszego tranzytu przez swoje terytorium na północ, w stronę głównych adresatów migracji. Identycznie zachowuje się następna na szlaku Macedonia oraz Serbia, które zobowiązań wobec Niemiec nie mają i pewnie teraz bardzo się z tego cieszą. Taka strategia, wobec nieprzytomnego biznesu, jaki na migrantach robi bogata część Europy, jest najsensowniejsza.

2. Szanowni uczestnicy wydarzenia dają się nabierać na retorykę premiera Wegier, który kreuje się na obrońcę Chrześcijańskiej Europy, ale uchodźców jak najbardziej wpuszcza do siebie. Za to ich nie wypuszcza dalej. Czyli robi dokładnie to, czego od niego chcą Niemcy i przeciwko czemu protestują nasi dzielni narodowcy.

Edit: Mniej niż dzień od opublikowania tego artykułu okazało się, że tow. Orban z powodzeniem gra na trzy strony naraz:

  • Migrantów przyjmuje, ale z wielkim szumem pakuje część do obozów, każe bić, przeganiać z miejsca na miejsce i w ogóle robi szopkę, że najazd islamski i giewałt. Zarabia punkty u przerażonego społeczeństwa i podtrzymuje mit Silnego Człowieka Pannonii, Słońca Balatonu i Geniusza Puszty.
  • Większość wędrujących po cichu przepuszcza, a Niemcom mówi, że ich sobie mogą wsadzić. (http://foreignpolicy.com/2015/09/03/hungary-to-eu-the-migration-crisis-is-germanys-problem/)
  • A płot i tak buduje, wprowadza dodatkowe uprawnienia dla siłowików i generalnie jawnie przygotowuje następny etap budowy państwa policyjnego.

Cwaniaczek, nie da się ukryć.

Syrian migrants cross under a fence into Hungary at the border with Serbia, near Roszke, August 26, 2015. Hungary's government has started to construct a 175-km-long (110-mile-long) fence on its border with Serbia in order to halt a massive flow of migrants who enter the EU via Hungary and head to western Europe. REUTERS/Laszlo Balogh
Syrian migrants cross under a fence into Hungary at the border with Serbia, near Roszke, August 26, 2015. Hungary’s government has started to construct a 175-km-long (110-mile-long) fence on its border with Serbia in order to halt a massive flow of migrants who enter the EU via Hungary and head to western Europe. REUTERS/Laszlo Balogh

Oczywiście Węgrzy budują płot na granicy, bo głupi nie są. I teraz wydarzą się jednocześnie trzy rzeczy:

  • Część uchodźców przedrze się przez granicę i tak. Liczby się nie da przewidzieć, więc trzeba wydawać kasę i trzymać ludzi pod bronią (w razie czego przyda się na swoich). Ale jeśli będą problemy gospodarcze, to rząd za to oberwie. A Niemcy pomogą akurat tak, jak Grecji pomogły.
  • Część będzie obozować po serbskiej stronie. Serbowie Węgrów kochają mniej więcej tak jak Węgrzy Serbów. Kolejna granica zacznie się powoli zaogniać.
  • Większość po prostu pójdzie inną drogą. Następna linia obrony: Austria. A może Polska, jeśli Ukraina zdecyduje się dać migrantom przejście.

3. I to jest sedno manipulacji, w której pożytecznymi idiotami są zarówno uczestnicy jednej, jak i drugiej imprezy. Czy Polska (lub inny kraj graniczny) przyjmie i zatrzyma imigrantów, czy ich zablokuje na zewnątrz swoich granic, to jest — z punktu widzenia mocodawców całej akcji — PRAWIE nieistotne. Ważne, żeby migranci nie dostali się zbyt łatwo do wnętrza Twierdzy Europa, której Polska przedmurzem i strefą filtracyjną. Oczywiście lepiej, żeby migracja utknęła na terenie Polski (czy Węgier), bo tam można przeprowadzić casting na przyszłych niemieckich poddanych i wiadomo, że nigdzie sobie tymczasem nie pójdą. Ale wszystko jest lepsze, niż wpuszczenie ich do zazdrośnie strzeżonego wewnętrznego kręgu. Niech się z nimi wożą państwa buforowe. Po to są.

Dla tych, co uważają, że Niemcy są głupi, bo sprowadzają sobie na głowę nieintegrowalnych islamistów, lektura do poduszki:

http://www.dw.com/pl/raport-niemcy-robi%C4%85-post%C4%99py-w-integracji-cudzoziemc%C3%B3w/a-18507227

http://www.psz.pl/117-polityka/imigranci-w-niemczech

http://www.iz.poznan.pl/pz/pz/4_2009_4_wybrany_art.pdf

Konkluzja: to jest kant. A z kanciarzami się nie robi interesów. Najlepsza PRAGMATYCZNA strategia dla państw buforowych to jawne lub nie, ale otwarcie szybkiego i niekłopotliwego tranzytu dla uchodźców. Przy okazji można na tym trochę zarobić. Służby niech pilnują, żeby sprawdzać każdego podejrzanego — a podejrzany będzie każdy, kto chciałby zostać w takiej Polsce, zamiast wygodnie pojechać do Niemiec, czy Holandii.

immigration-euNatomiast rozwiązanie problemu “u korzeni” jest proste, tanie, etycznie super i w ogóle. O, tutaj: https://amargipl.wordpress.com/2015/05/28/nie-chcemy-zadnych-uchodzcow/

Twórcy Historii

Stanowimy dziś Imperium i działając, tworzymy swoją własną rzeczywistość. Podczas gdy wy ją badacie, tak dogłębnie, jak to możliwe, my wciąż działamy, tworząc kolejne rzeczywistości, które wy znów będziecie badać; taki jest porządek rzeczy. My jesteśmy Twórcami Historii, a wam wszystkim pozostaje jedynie studiować to, co my tworzymy.”1

Wysokiego szczebla amerykański urzędnik zgrabnie ujął w tych słowach istotę wspaniałego amerykańskiego powojennego zuchwalstwa*. Nie raz, a dwa razy po II Wojnie Światowej Stany Zjednoczone rozpruły istniejącą rzeczywistość, aby zszyć ją na nowo, po swojemu. Continue reading Twórcy Historii

A świat czeka… aż Kobane upadnie.

Ten tekst dedykuję mojemu synowi.

Nie zawsze byłem anarchistą. Kiedy miałem 9 lat, ojciec, podczas spacerów, uczył mnie taktyki rozbrajania ulicznego, tak jak ją poznał w lwowskiej podchorążówce. Kiedy miałem lat 12, na wyrywki znałem mapki sytuacyjne z oprawnego w płótno tomu “Zośka i Parasol”. Kiedy miałem lat 15, dowiedziałem się – z ostrzeżeniem, żeby nie mówić nikomu – o ucieczce przed Gestapo ze Lwowa, o konspiracji w podradomskich lasach, o akcji na kolejowy posterunek sowiecki, o moim stryju, przeprowadzającym ludzi na Węgry, o Krzyżu Obrony Lwowa babci.

Continue reading A świat czeka… aż Kobane upadnie.

Lud nasz jest dziki, lecz genialny

 “Z kim graniczy Rosja? Z kim chce. A z kim chce? Z nikim.”

18 marca 2014 roku prezydent Rosji, Władimir Władimirowicz Putin ogłosił powrót Rosji do aktywnej roli w polityce światowej. W orędziu do Zgromadzenia Narodowego, przygotowującym formalne zatwierdzenie aneksji Krymu, zapowiedział, że Rosja będzie aktywnie bronić interesów swoich obywateli, Rosjan na całym świecie i swoich interesów państwowych, „nawet gdyby miało to oznaczać trudne relacje z naszymi partnerami”.

Możemy bezpiecznie uznać, że Imperium Rosyjskie przebudziło się ze śpiączki, w której trwało przez ostatne dwie dekady i szykuje się do kolejnej ekspansji. Warto więc przypomnieć, co wydarzyło się „w poprzednich odcinkach”.

Złote czasy cesarstwa

Druga połowa 19. wieku to czas „europeizacji” Imperium Rosyjskiego. Zarówno wewnętrzne reformy, szczególnie rozbudowujący się industrialny kapitalizm, jak i ofensywa dyplomatyczna, dynamicznie zmieniały wizerunek Rosji z kraju, gdzie lud „dziki, lecz genialny”, na aspirującego uczestnika światowej śmietanki towarzyskiej. To był prawdopodobnie jedyny okres w historii, kiedy rządzące w Rosji grupy rzeczywiście widziały użyteczność w dołączaniu do światowego establishmentu i były gotowe zapłacić za to cenę pewnej liberalizacji w polityce wewnętrznej. Doskonale służyła temu także wygrana rywalizacja z Imperium Ottomańskim – paszport do grona chrześcijańskich mocarstw Europy, a zarazem wzmocnienie narodowo-religijnej tożsamości Rosjan. Zapamiętajmy również, że właśnie wtedy Rosja oficjalnie wzięła udział w grabieży Chin – temat, do którego niebawem przyjdzie nam powrócić. Jednak w owych czasach nikt nie spodziewał się odrodzenia Milczącego Smoka. Potężne, chrześcijańskie cesarstwo, pogromiwszy Turków, z fanfarami przekształcało się w porządne europejskie mocarstwo. Z drobnymi wyjątkami na Kaukazie i w Polsce, narody poddane Imperium także korzystały z dobrodziejstw cywilizującego się państwa.

Rosja była już wtedy potężna, a była na najlepszej drodze, aby stać się ważna. Kierunek wydawał się jasny: poprzez reformy wewnętrzne Rosja kierowała się w stronę monarchii parlamentarnej, a poprzez dyplomację i działania tajnych służb – w stronę światowego imperium, bezpośredniego konkurenta Wielkiej Brytanii. Dążenia te wspierał wciąż przyspieszający rozwój technologii, eksploracja bogactw naturalnych Syberii i napływ kapitałów, przyciąganych przemyślaną i skuteczną propagandą.

Wiek dwudziesty, to wyścig między kruszącą się potęgą cesarstwa absolutnego, a reformami demokratyzującymi. Lawinowe przemiany społeczne, a także coraz gęstsza atmosfera w stosunkach międzynarodowych, oznaczały nowe kłopoty i wyzwania dla władzy państwowej. Absolutystyczna tradycja, wyjątkowo silna w Rosji, utrudniała przemiany, zwłaszcza w obliczu biologicznego słabnięcia dynastii. Jednak urzędnicy i arystokracja nie dawali za wygraną. Administracja, tajne służby, dyplomacja – kręgosłup i system nerwowy imperium rozrastały się i rozwijały. Władcy świata do dzisiaj czerpią z tamtej epoki rozwiązania i inspiracje.

Cesarstwo (choć nie Imperium) ostatecznie wyścig przegrało. I niekoniecznie z powodu rewolucji (i kontrrewolucji) z lat 1905-1907. Słabnące państwo dobił – skądinąd nieunikniony – udział w Wielkiej Wojnie. Jak oportunistyczne bakterie, infekujące osłabionego nosiciela, wewnętrzne i zewnętrzne grupy interesów stowarzyszyły się i doprowadziły do dramatycznego końca Cesarstwa Rosyjskiego.

Elektryfikacja i władza rad

Zmiana władzy trwała ponad pięć lat. Ostateczne zwycięstwo nowego porządku, proklamowanego w retoryce komunistycznej, przesłoniło obserwatorom fakt, że imperium wyszło z okresu przemian okrojone, ale pełne nowej energii. Zarzucono próby dostosowania się do światowego establishmentu (który zresztą po Wielkiej Wojnie totalnie zbankrutował politycznie) na rzecz powrotu do koncepcji populistyczno-absolutystycznych (unikalny produkt rosyjski ;-) ). Imperium nie miało ochoty być grzecznym debiutantem, czekającym aż dorośli uznają jego wartość. Zaczęło grać według własnych reguł.

Industrializacja, militaryzacja, ekspansja terytorialna i rozbudowa struktur wewnętrznych zajęły znaczną część lat dwudziestych i trzydziestych poprzedniego stulecia. W przebraniu przodującej ideologii społecznej i pod tymczasową nazwą Związku Sowieckiego (Radzieckiego), Imperium przygotowywało się do nowej rundy integracji z Europą – tym razem przez zbrojny najazd. Odziedziczona po poprzedniej władzy sprawność w dziedzinie tajnych służb, propagandy i dyplomacji posłużyła do uprzedzającej ofensywy informacyjnej, zmiękczającej opór i siejącej lęk. Europa była prawie gotowa do konsumpcji.

Święta wojna, czyli rytuał przejścia

Spóźnione ambicje imperialne Niemiec, które już raz pchnęły Europę do wojny, zadziałały ponownie, wsparte demokratycznym mandatem niemieckiego społeczeństwa, sfrustrowanego i upokorzonego wynikiem poprzedniej próby. Masowa inżynieria społeczna, oparta na amerykańskich doświadczeniach z Wielkiej Wojny, podbudowana teoriami – o zgrozo – żydowskiego psychiatry z Wiednia, w ciągu kilku lat dokonała tego, co normalnie wymaga stuleci: stworzyła Tysiącletnią Rzeszę – ex nihilo imperium.

Pozornie sojuszniczy, nowy gracz chwilowo przerósł starego. Hitler i Stalin prowadzili ze sobą złożoną grę; każdy próbował oszukać drugiego, zanim zada mu cios. Stawką było – jak zwykle w tym towarzystwie – władanie co najmniej Eurazją. Niemcy, startując z pozycji mocarstwa industrialnego, miały na początku przewagę nad wciąż agrarno-surowcową Rosją. Łatwiej i szybciej jest zbrojnie zdobywać dostęp do surowców, mając własną, zaawansowaną infrastrukturę naukową i przemysłową, niż odwrotnie. Dlatego Hitler musiał zaatakować pierwszy, licząc na skuteczność blitzkriegu.

Rosja miała jednak nie tylko swoje standardowe atuty: przestrzeń, klimat, zasoby naturalne, na śmierć i życie oddane masy ludzkie. Tym razem, po raz pierwszy, po stronie Imperium stanęło „gęste otoczenie społeczne” – Wielka Brytania, USA i inne kraje alianckie desperacko potrzebowały sojusznika na wschodzie. Strategiczne surowce, technologie, gotowy sprzęt, koncesje polityczne – wszystko to wzmocniło wysiłek wojenny milionów obywateli. Nie tylko scementowało i dało wspólną „historyczną tożsamość” na której dzisiaj odbudowuje się siła imperium, ale też dało poczucie własnej wartości. Wielka Wojna Ojczyźniana, do dzisiaj ważniejsza dla Rosjan, niż jakaś tam druga światowa, jest dla nich dowodem, że bez Rosji świat przepadłby w otchłani faszyzmu. Zwycięstwo nad „hitlerowską bestią” stało się kolejną kotwicą mentalną obywateli Imperium, dającą im wspólny powód do dumy – a zarazem oczekiwania wdzięczności od ocalonego przed zagładą świata.

Z Wielkiej Wojny Ojczyźnianej Rosja wyszła w pełni imperialnego narcyzmu, znów pewna swojej dziejowej misji i umocniona w przekonaniu, że skoro świat jej nie akceptuje, to jest to jego problem.

Nie należy też zapominać, że ugrała przy okazji potężne zdobycze terytorialne, polityczne, łupy wojenne materialne i nie tylko (niemieckie technologie i ich twórcy). W sumie, stalinowski Związek Radziecki był największym wygranym Drugiej Wojny Światowej.

Imperium zła

Internacjonalistyczna ideologia walki klas; rewolucyjna doktryna polityczna; sprawiedliwość społeczna; socjalizm realny; walka o pokój; antyimperializm; antykolonializm. Liczne – jak to się teraz mówi – buzzwords towarzyszyły kolejnemu półwieczu starć imperialnych na całym świecie. W tym okresie protagonistami były Rosja i USA – początkowo jedyne, potem wiodące mocarstwa atomowe. Jedynym rzeczywistym kryterium ich rywalizacji był poziom strachu przed atomową „śmiercią nagłą, a niespodziewaną”, jaką mogły zesłać na siebie wzajemnie, oraz (całkowicie przy okazji) na resztę ludzkości. Przez około 50 lat perspektywa nagłego wyparowania w (termo)nuklearnej eksplozji – lub powolnej, obrzydliwej śmierci od promieniowania i trucizn po wybuchu – rządziła zbiorową wyobraźnią ludzkości. Cała reszta: „zimna wojna”, „proxy wars”, „star wars”, cały rozwój kultury, gospodarki, technologii, psychologii, polityki – to wszystko, na całym świecie, stymulowane było ciągłym oczekiwaniem, kiedy ktoś, w symbolicznym Waszyngtonie lub symbolicznej Moskwie, naciśnie śmiercionośny czerwony guzik.

Oprócz niektórych religii, nie było w dziejach ludzkości tak potężnego i powszechnego „leitmotivu”; jednolitego punktu odniesienia dla tak wielu ludzkich umysłów, przez czas ponad trzech pokoleń.

Imperium – tym razem definiujące się poprzez zdolność obrócenia świata w radioaktywny popiół – wzmacniało przez te lata przekonanie, że „dobrze jest, jeśli nas kochają, ale jeszcze lepiej, jak się nas boją”. I przez większą część tego czasu udowadniało, że należy się go bać. Rosja ostatecznie zarzuciła oczekiwania, że reszta świata ją pokocha, zrozumie, uszanuje, czy zaakceptuje. Militarna siła, wspierająca brutalną (acz finezyjną) dyplomację, zaawansowaną inżynierię społeczną, rozbudowane tajne służby i bezwzględną kolonizację gospodarczą, stała się podstawą tożsamości i budowania relacji z resztą świata. „Ty zobacz, jak się nas boją” powiedział swemu koledze jeden z radzieckich naukowców-stażystów, podczas wizyty w USA, komentując gościnność, prezenty i inne oznaki życzliwości ze strony gospodarzy. I kto wie, mógł mieć rację.

Ale to nie ocaliło imperium przed przegraną. Zimna wojna zakończyła się bez wystrzelenia choćby jednej rakiety, ale zwycięzca był oczywisty – i tym razem nie była nim Rosja.

O pożytkach z przegrywania wojen

8 grudnia 1991 roku prezydent Rosji Borys Jelcyn podpisał porozumienie o likwidacji ZSRR. Rozpoczął się kolejny okres przejściowy w życiu Imperium, tym razem z jednej strony bardzo długi – ponad 22 lata – a z drugiej wyjątkowo mało krwawy.

Jak okręt, którego załoga odcina zwalone przez burzę (lub pociski) maszty i reje, Rosja musiała pozbyć się sporej ilości zasobów terytorialnych i niewielkiej części złudzeń, aby znów zacząć szukać swojej tożsamości. Utrzymywany od ponad 70 lat, na wewnętrzne i zewnętrzne potrzeby, wizerunek przodującego społecznie, internacjonalistycznego i rewolucyjnego, nowego narodu radzieckiego skończył się. Bacznemu obserwatorowi, którego nie zaślepiały czerwone sztandary i retoryka rewolucyjna, rzuciło się w oczy, jak błyskawicznie w umysłach obywateli przyjął się znów wizerunek imperialnej Rosji, Trzeciego Rzymu i jądra integracji eurazjatyckiej. Aspiracje do demokracji w stylu Zachodu były efemeryczne i nie do pogodzenia z mocarstwowością.

Natomiast potężnym nowym składnikiem rosyjskiej mieszanki stał się kapitalizm. Zamrożone i przez dekady odcięte od nowoczesności społeczeństwo odkryło postindustrialne uroki konsumpcji, bogacenia się i ostentacji. „Oni może wiedzą, jak zarabiać pieniądze, ale my wiemy, jak je wydawać!” chwalił się anonimowy Nowy Ruski, wydając kolejne przyjęcie, szokujące przepychem gości w Biarritz. Nastał czas akumulacji pierwotnej – i równie pierwotnej błazenady.

Ale za tym kolorowym blichtrem, za zwodniczymi efektami specjalnymi, Imperium zaczynało się scalać. Ludzie armii, dyplomacji, tajnych służb i biznesu – niezawodni budowniczowie każdego imperium – formułowali plany, nawiązywali sojusze, gromadzili zasoby. Rosyjscy patrioci, nieodmiennie wierzący w wyjątkowość Rosji i jej misję dziejową, zwierali szyki. Widzieliśmy ich w telewizji – starych i młodych, hałaśliwych, często brutalnych, czasem po prostu śmiesznych. Nie widzieliśmy tych, którzy pracowali w sztabach, instytutach naukowych, strukturach rządowych i partyjnych. Którzy odbudowywali stopniowo siłę Rosji, siłę imperium.

Ich szansą okazała się nie tylko naiwność reszty świata, który – pod batutą USA – wierzył, że Rosja zredukowała się sama do wymierającego post-mocarstwa, do kolejnego No Man’s Land, tylko trochę większego – gotowego przyjąć globalistycznych kolonizatorów. Ich szansą przede wszystkim okazał się totalny i niezaprzeczalny krach poprzedniego paradygmatu. Jak kometa, zmiatająca dinozaury i otwierająca drogę ssakom, całkowita porażka w zimnej wojnie otworzyła drogę tym, którzy chcą na gruzach komunizmu stworzyć nowoczesne Imperium Rosyjskie, rodem z 21. wieku.

To jest najważniejsza informacja, jaką powinni sobie przyswoić wszyscy, którzy za wschodnią granicą Unii Europejskiej szukają „czerwonego”. Nie ma już starego wroga. Jest odrodzona Rosja, przeczołgana zimną wojną, ale po 20 latach odbudowy gotowa na całkiem nowy etap.

Ta Rosja patrzy właśnie w naszą stronę.


Dziękuję mojej partnerce, Nataszy, za daleko idącą konsultację treści i formy tego rozdziału.Dzięki niej udało się usunąc kilka poważnych niedoskonałości, które do niego wniosłem.