People, stupid

This morning I have been walking to the tramway station, watching people. Compared to Poland (and other ex-soviet-block countries) they look relaxed. I could really feel the trust, they feel, living in a stable, secure world. The world where for at least two generation, there was no major threat, except for the nuclear war – which is no more a serious problem. Now, at least my intuition says so, the Western World is, at large, the one big comfort zone. And perhaps that is why people are willing to accept so much surveillance and other crawling changes towards either Orwellian or Huxleyan model – whichever comes first.

But I really like Berlin – it is still colorful enough, including green, red and black, to preserve some freedom. I just hope it is not my delusion – delusion of a frog, being cooked sous vide.

The Commons mean the problems. :) It is hard enough to organize an international conference for commoneers from all sides of the world. And making it in Germany, using German public funds, means another level of complexity on top of it. Kudos to David, Silke, Heike and Michel – and to the good people from Heinrich Boell Fundation. I would never even think about mixing fire with water at such scale. :-)

I am watching the overwhelming interest in The Commons, everywhere, except Poland. And I see, how the young generation is looking for another, brand new, panacean idea. And I think – how much faith is too much? But it’s just me. Perhaps my sugar level dropped too low.

 

Warszawa — Berlin

Nie jest łatwo trafić do Berlina. Z tego samego miejsca i prawie o tej samej godzinie ruszają busy z Warszawy via Poznań do Berlina – i odwrotnie. Przekonałem sie o tym dopiero, gdy mój bagaż już był w luku, a mnie nie było na liście rezerwacji. :) Na szczęście  właściwy autobus właśnie zajeżdżał.

Szengen nie szengen, ale po przejechaniu Odry widać różnicę. Potężne pieniądze władowano w krajobraz – kilometry elektrycznego pastucha oddzielającego las od drogi; opuszczona, ale zadbana stacja benzynowa; pieczołowicie utrzymane “naturalne” koryto rzeki. Wszystko to robi wrażenie schludnego, zadbanego obejścia. Miliardy, które BundesRepublika zarabia na pożyczaniu kasy innym (w tym Grecji) są wydawane bardzo gospodarnie.

Dworzec autobusowy w Berlinie – jak każdy w wielkim mieście – jest tak o pół klasy mniej schludny niż otoczenie. Ale za to widać ciekawe typy ludzkie. Któregoś dnia wrócę tu po nowe historie – i Wam opowiem. :-)

Cywilizacja opiekuńca zaczyna sie tuż przy stacji metra. Śliczny radiowóz  i spora nalepka “Teren monitorowany dla Twojego bezpieczeństwa” skłoniły mnie nawet do wysupłania 2,40 na bilet. Razem z euro wydanym na WC i internet, znacznie nadżarło to moje fundusze – mam nadzieję, że w najbliższych dniach uda się je uzupełnić.

Lubię metro berlińskie, zwłaszcza, gdy jedzie po powierzchni. Miasto ma swój industrialny urok i po drodze widziałem parę budynków, dla których warto by poświęcić czas i porządnie je sportretować. Może, kiedyś…

Wysiadłem z metra, wyszedłem na ulice i szok. Po miesiącach mieszkania na głuchej wsi, czułem się, jakbym wszedł w film SF – Blade Runnera, albo Piąty Element. Ruch, gwar, hałas – wszyscy gdzie pędzą, albo spieci czekają na zielone światło, aby zaraz popędzić. Żeby ochłonąć, schowałem się za kamerę i zrobiłem parę ujęć. Ufff… Już lepiej.

Danziger Strasse, gdzie mam nocleg, jest długa. Zaczałem od jedynki i zanim przeszedłem daleko za 130, mogłem obserwować mnóstwo wielkomiejskich obrazków. To bardzo przyjemnie, wędrować tak wśród zdarzeń normalnych dla mieszczucha, obserując je świeżym okiem chlopaka z prowincji. Byłem zmęczony i nie robiłem zdjęć, ale obiecuję Wam, że powtórzę ten spacer.

S., którego historię opowiem kiedyś, oddzielnie, jest bardzo dobrym gospodarzem. Konkretny, spokojny, nawet specjalnie uprzątnął pokój przed moim wyjazdem (co zapewniło mi sympatię jego współlokatorek).

Mam teraz jeden problem. Wygląda na to, że planowane w Niemczech spotkania propagandowo-fundraisingowe nie dojdą do skutku. Dlatego proszę Was o (aktywną, nie tylko radą) pomoc w zorganizowaniu tu w Berlinie jakiegoś małego spotkania – może być dla kilkunastu osób – któregoś wieczoru, do 25.05 włącznie. Bardzo by mi to pomogło, a może nawet stać by mnie było na autobus na południe. Każde 10 Euro się liczy. Z przyjemnością opowiem o Ekspedycji, o Anarchopozytywizmie,  o życiu off-the-matrix, o konopiach i o niekomputerowym hakerstwie. Pomożecie? :)

Warsaw — Berlin

It’s not that easy to get to Berlin. The PolskiBus connection from Poznan is cheap and easy to catch, unless your humble traveller is too nervous to notice that there is also another coach going opposite way – from Berlin To Warsaw – almost at the same time, from the same place. I already had my backpack on board, when I realised that. :) Fortunately, the right bus arrived shortly and I jumped in.

From Poznan it is closer to Berlin than to Warsaw. Nevertheless, when you enter Gremany, the change in the landscape is impressive. You can clearly see massive investments put into infrastructure – electric fence running for kilometers, separating the forest from the highway, abandoned, but well preserved gas station, naturally looking, but obviously maintained riverbed. It all makes impression of a tidy, well cared household. For sure the income from ‘servicing’ Greek debt by German financial institutions (over 350 million Euro last year) is spent wisely.

Central bus station in Berlin is like any other bus station in the world. Slightly less tidy than an usual neighborhood, but still clean and functional. Even the direct surrounding is not as impressive as one could expect from the grand European city. But these are bus stations – here you can see the color of the city underwear, and one day I will come back here to find new stories.

The care bears land starts at the underground station. Police car parked just a hundred meters away and a friendly reminder that you are being watched (for your own good). I decided to be a good citizen for a change and bought a 2,40 ticket to get to Pankow, where my BeWelcome shelter awaited. Old habits die hard. With an Euro spent at the station (a toilet and  an internet to find the connection) it made significant dent in my funds. Let’s hope for some income soon…

I like Berlin underground, especially when it runs on the surface. Looking through the windows I spotted couple marvelous industrial, almost steampunk-ish, buildings. I understand people who just wander around the city and take pictures. Perhaps, one day…

Now, my station. I left the platform and found myself shocked – after all these months in the calm countryside, the relatively uncrowded Danziger Strasse looked to me like a city from Blade Runner or The 5th Element – hectic, dynamic, colorful and noisy. Not thet I do not like it – I just needed a moment to gather my wits. After taking some pictures and a short video panorama  started my walk.

Danziger Strasse is long and I started from the number 1, to reach way beyond 100. While I was a bit tired, it was fun to stroll along the street, watching people and feeling like a real country boy – gaping amazed at things and events so normal for city dwellers. I promise you, I  will repeat this walk for you and take more pictures that time. :-)

S., whose story deserves a separate post, is a great host. Easy going, informative and calm. He even cleaned his room before I arrived, which made his flatmates tell they like me already. :-) BTW, if someone has a Voigtlander camera broken (but with shutter being ok), S. is looking for it to fix his own.

So, I am now getting ready to join the support staff of the ECC 2013. And at the same time I am trying to solve a problem. It seems that my expected fundraising talks (in Ulm and Augsburg) would not occur. So, fellows, if you can help me (actively, I am now short of time and resources) to arrange some evening open talk in Berlin (from now till 25.05), it would be a great help.

Znowu w drodze

Po znakomicie przespanej nocy (Walentyna jest wspaniałą gospodynią), ruszyłem do autobusu. Po drodze jeszcze opowiedzialem krótko o Ekspedycji do kamery – Janek przygotowuje duży projekt crowdfundingowy dla drugiej fazy.

W ostatniej chwili przed odjazdem, Astral podrzucił mi ładowarkę do mojej Nokii 6120 – w braku smartfona ona będzie służyć za łaczność ze śwatem. Dzięki!

W autobusie zacząłem rozmowę z Panią pracującą ‘w funduszach UE’ – konkretnie “Kapitał Ludzki”. Początkowo entuzjastyczna, po przeczytaniu kawałka “Perspektywy Anarchopozytywistycznej” zamilkła, zatkała uszy słuchawkami, a w Łodzi wysiadła z widocznym pośpiechem….

Jej miejsce zajął młody skrzypek, z którym uciąłem sobie bardzo zajmującą pogawędkę o blusie i muzyce klasycznej. I być może przyczyniłem się do powstania kolejnej kooperatywy – tym razem muzycznej. Czas pokaże.

W Poznaniu, w specjalnie dla nas otwartej Cafe Bunuba, zjawił się znów międzynarodowy kwiat hackerstwa. Przyciągam ich, czy jak? Fascynująca dyskusja okołogrecka trwała cztery czy pięć piw (gospodarka daru jest the best!), podczas których rozwiązaliśmy także kilka palących globalnych problemów. Ktoś z chłopaków może pamięta, jakie to były rozwiązania…

Poumawiani na kolejne rundy ratowania świata, pożegnaliśmy czule Cafe Bunuba i Przemka, który nas tam gościł i odpłynęliśmy w siną dal.

Kochani, jak będziecie w Poznaniu, odwiedźcie Cafe Bunuba i wypijcie za powodzenie Ekspedycji Wolność. Ale odpowiedzialnie! Nie więcej niż te 2-3 piwa. Musi Wam jeszcze zostać parę groszy na wsparcie dla Ekspedycji Wolność!

On the road again.

Well rested – Walentyna is a marvellous host – I headed the Młociny Bus station to catch a coach to Poznan. On my way there, I had to say couple words to the camera, as Janek (the ‘Expedicion Libertad’ guy) needed it for our second stage crowdfunding project. Soon you will be able to see it online.

Exactly a minute before the coach rolled away, the fellow hacker brought me a charger to my ancient Nokia 6120. Having not succeeded in getting a smartphone, I decided to take my old workhorse with me, but I had no spare charger. Thanks, Astral!

A nice lady in the couch – next seat to mine – was initially enthusiastic about having a talk about Greece etc., but after reading couple first pages of my booklet, suddenly plugged her earphones in and left the coach at the first station, without even saying good-bye. Aren’t people weird. But, maybe, it had something to do  with her occupation – she was working in a “Human Capital” EU funding institution. ;)

Fortunately, she was replaced by a nice, young violinist, who appeared to be a good conversation partner. His apparent idol was Yasha Heifetz, but at the same time he seemed to be a lot more emotional. Anyway, the conversation was quite nice.

Poznan – finally. Cafe Bunuba, opened especially for us, witnessed another hackers’ gathering. How come that so many friends of mine are that weird? In a small, but top class, company, meeting took not less than four-five beers (gift economy, again!). And it was not just about Greece. As far as I can remember we have collectively solved at least few of the most urgent global problems. Possibly, some other guy may remember those solutions…

Friends, if you happen to visit Poznan, go to Cafe Bunuba and have a beer or two for Expedition Freedom. But be responsible. You need to spare some money to support your humble explorer…

 

Greki trzymają się mocno!

115 lat temu wybuchło w Chinach powstanie. Powstanie przeciwko międzynarodowemu imperializmowi Zachodu, przeciwko skorumpowanemu rządowi centralnemu. Przeciwko upokarzającym prawom, rabunkowym cłom i podatkom. Przeciwko beznadziei i przeciwko propagandzie, głoszącej, że tak już będzie zawsze.

Nawet w podkrakowskiej wsi, goście na chłopskim weselu kibicowali powstańcom. „Co tam Panie w polityce? Chińczyki trzymają się mocno?”.

Dzisiaj wielcy tego świata, dziedzice władzy i fortun zdobytych na kolonizacji – nie tylko Chin – drżą przed chińskim smokiem. A my drżymy wraz z nimi, bo żadne państwo, choćby najbardziej skrzywdzone w przeszłości, nie będzie się przejmować losem obywateli – zwłaszcza cudzych. A Chiny wciąż nie wyrównały rachunków ze światem.

Chory człowiek Europy

Tymczasem w Europie jest kraj, w którym wybuchło następne powstanie. Ciche i pokojowe, ale przeciw tym samym wrogom. Przeciw międzynarodowym korporacjom – bankom i spółkom surowcowym. Przeciw skorumpowanej klasie politycznej. Przeciwko narzuconej biedzie i niemożności. Przeciwko beznadziei i przekonaniu, że inaczej się nie da. To Grecja.

Telewizja i internet z lubością (ale oszczędnie) pokazują nam na zmianę walki uliczne pod parlamentem i znękanych, biednych ludzi. Opisują kolejne cięcia budżetowe, możliwe scenariusze katastrof i upadku, który jednak nie następuje. Unii Europejskiej potrzebny jest cierpiący, ale wciąż żywy „chory człowiek Europy” – odstraszający przykład, stale przed oczami potencjalnych dysydentów.

Poniżej radaru

Tuż poza krawędzią ekranu, dzieją się nieco inne rzeczy. Ludzie, kiedy już otrząsnęli się z szoku i zrozumieli, że NIKT o nich nie dba, zaczęli dbać o siebie nawzajem. Najpierw rolnicy i konsumenci ominęli łańcuch pośredników i zaczęły się bezpośrednie dostawy żywności do miast. Potem ludzie, którzy stracili utrzymanie w miastach, zaczęli wracać na wieś, uczyć się farmerstwa i zagospodarowywać najmniejsze skrawki ziemi, dotąd pozostawionej odłogiem.

Tymczasem reszta szuka. Szuka nowych sposobów życia: kooperatywy; banki czasu; kolektywy robotnicze przejmujące fabryki; społeczności intencjonalne testujące najdziwniejsze koncepcje społeczne; darmowe szpitale i przychodnie; sieci wolontariuszy, organizujące się wokół opieki nad bezdomnymi psami – Grecja stała się wielkim, oddolnym, crowdsourcingowym laboratorium społecznym.

Bez najmniejszej przesady można stwierdzić, że Grecy, po raz kolejny w historii ludzkości, prowadzą nas w stronę nowych, nieznanych, a dramatycznie potrzebnych, rozwiązań cywilizacyjnych. Zmuszeni sytuacją, ale mając za sobą najdłuższą w Europie tradycję społeczeństwa demokratycznego, właśnie oni mają realną szansę znalezienia drogi, która może nas wszystkich wyprowadzić ze strefy zniszczenia, jaką jest obecna „cywilizacja Zachodu”.

I nie ma w tym żadnego (prawie) teoretyzowania. Jest codzienna ciężka praca u podstaw, samowychowanie i walka o byt. To nie są aktywiści, ani zawodowi działacze. To są zwyczajni ludzie: robotnicy, gospodynie domowe, farmerzy, studenci, bezrobotni, hipsterzy, anarchistki, nauczyciele i urzędniczki. Ludzie, których pazerność międzynarodowych banków i ich własnego rządu wypchnęła z „małej stabilizacji” i postawiła przed wyborem: zmień się, albo giń. I zmieniają się. Nazywają to „gospodarką solidarnościową”, której celem jest nie zysk finansowy, ale zwiększanie użyteczności – jak najlepsze zaspokajanie potrzeb jak największej ilości ludzi.

Nie każdy chce wolności

Oczywiście, powyżej poziomu (czasem) samorządu lokalnego, nikt nie dba o takie rzeczy, a wielu się im przeciwstawia. Zamiast chwalić się rosnącą samoorganizacją społeczną, państwo zajmuje się pilnym wykonywaniem absurdalnych zaleceń wierzycieli – a dla bezpieczeństwa wynajmuje międzynarodową korporację najemniczą.

Grecki kapitał nie ma ochoty utracić wpływów i jest gotów robić interesy kosztem obywateli – choćby umierali z głodu. A upadający sklepik łatwiej jest przejąć, niż prosperujący. Wreszcie faszyści – jak wszędzie – są przeciwni każdej otwartej działalności, szczególnie tej niepaństwowej; zwłaszcza, że Grecja jest bramą dla nielegalnych imigrantów.

 

The Beginning

It all started with a poem, I guess.

The Road goes ever on and on
Down from the door where it began.
Now far ahead the Road has gone,
And I must follow, if I can,
Pursuing it with eager feet,
Until it joins some larger way
Where many paths and errands meet.
And whither then? I cannot say…

Long, long time ago, a boy read these verses. And unexpectedly, five minutes ago, when a man started thinking about the roots of Expedition Freedom, these words came back – I do not know how and why. But, as they are already here – let them stay.

The Protocol,

or The Primordial Political Soup…

…AND WHY DO WE NEED IT.

INSPIRATION 1. WE ALL ARE WOMEN

Being an average mid-aged guy, if you happen to fall in love with one of the Mothers (or Aunts at the least) of Polish Feminism, you certainly adapt – or perish. Being called ‘sister’ in the most unexpected moments was just a tinniest piece of this whole learning situation.
For my thinking about social and existential issues, this was a breakthrough experience, for sure. I started to learn, how different is the other gender’s world – supposedly the one-and-only we shared in our daily living or the most intimate moments (and I do not mean sex). To cut it short, the outcome of that is that I ceased all usual attempts to “understand women” in favor of talking to them, negotiating and mediating with them, whenever it is needed.

I know we shall never understand each other through the gender looking glass. Being free from such pointless struggle, I can then focus on efficient ways to achieve cohabitation, cooperation and even certain degree of sympathy with such different human beings. It may sound dry, but there is quite a reason behind it, which I found in “Sotto Sopra 96” – the publication of Libreria delle Donne in Milan. Quite incidentally, it was the only Sotto Sopra translated into Polish and even more incidentally ;) it was Natasha, who co-translated it.

To my male mind, the bottom line of this publication is:

  • We are different genders and that is the difference which cannot (for the majority of us) be transgressed.
  • Currently, we live on a post-patriarchal socio-political environment, which was invented by  men, for men and as such has no meaning nor value for women.
  • The whole equality/parity/rights business goes the wrong way, as it is focused on the position of women in post-patriarchal environment, which, above all, is not the place women want to be in!
  • Women (and men) need their own world, because their priorities are theirs, they see the universe their own way and they think/feel/live their own vision.
  • However, as we need each other – to keep ourselves transgressing our own closed circles – the only way is to communicate, through ‘politica prima’ we all practice: discussion, negotiation and mediation. To let our separate world interact in a safe and constructive way (exactly as I consulted this part of the text with Natasha).

(The whole document is by all means worth reading here:

http://www.libreriadelledonne.it/_oldsite/news/articoli/sottosopra96.htm failed to embed.

)
And then came the inspiration: wow, that basically applies to all humans, not just men/women relationship. The same (almost) level of not-understand-ability we have in most of social and political discussions! So, perhaps we could use same tools to attain better relationship between various intentional communities, various political movements and even two sides of the political confrontation. That would be a FUN!

But, to achieve that, we need some kind of safe, neutral, supportive environment. Some ‘demilitarised zone’, specifically designed to encourage entities to peaceful interactions, not to violent confrontation. But this seems to be a hard part.

INSPIRATION 2. WE ALL ARE SYSTEMS

Working in the world of Internet, especially in it’s earlier days, when most of the backbone was still visible, not just to hackers, but to the average user, you could not avoid seeing systems everywhere.
The miracle of the Great Inter-Network in statu nascendi, making, through the magic of TCP/IP protocols, all various and incompatible local networks, systems, standards working together, talking leisurely and without apparent struggle, as if they come from the same compiler – that was SOMETHING. And quite inspiring, when I turned on a TV and could see people unable (or unwilling or both) to communicate clearly and to get the common ground for cooperation – or for a proper fight, at least!

And – what a coincidence – we are systems as well. As living creatures, we are autonomous systems. Our communities are systems. And the whole communication is described by rules of cybernetics – as it is for the internet. Everything would be right, if we only find a proper protocol…

INSPIRATION 3. THE FICTION, THAT LIGHTS THE WAY

I am a life-long SF&F reader and fan. Since my early days in communist (locally known as real-soc – for “real socialism”, as opposite to “utopian” one) Poland, through all the cultural changes I lived through, speculative fiction appeared to be an overwhelming, crowdsourced think-tank of social and political trends, options and alternative scenarios. Sometimes, and not just in the Soviet block, it was the only environment safe for certain discussions.
And I do not mean the trivial ‘crowdsourcing’ from business handbooks, where they say something like “toss a handful of random morons into the bucket, stir well and get a median (or a mean) from their guesses – you will be right in a ball park”.
I mean that thousands of the most brilliant minds – erudite and committed – were not only chewing through problems, alone and in groups. The ideas, solutions and analysae were played between authors and fans, were mutating and blooming into the ecosystems of their own. And out of them, emerged crop of the crop – works that merged collective thinking, the zeitgeist and individual genius of the autor. Martian Chronicles, Solaris, Fahrenheit 451, Aristoi, Little Brother, For the Win, Canticle
for Leibovitz – just to name a random few (and http://www.amazon.com/All-Time-Top-Science-Fiction-Novels/lm/1KBYJ9G4NE7Z2 for a few more).
Among them I found a narration (https://en.wikipedia.org/wiki/Snow_Crash and later https://en.wikipedia.org/wiki/The_Diamond_Age) depicting the world that could accommodate various communities, phyles or tribes, letting them thrive on their own, or interact safely. An then again, mostly on the economical side, popped out the word ‘protocol’. And the very same purpose: not just live and let live. Live and cooperate, while keeping your own integrity/identity and not harming other’s one.

THE MYSTERIOUS CASE OF THE NUN MOTH

Since 2008 we may observe the process of the decomposition of two main paradigms that hold “western civilization” together. The republican democracy, chiefly expressed in political tradition of the USA or the EU and the financial capitalism, that alienated ownership from entrepreneurship and local communities and that made corporations global, sovereign entities not even able to care about anything but themselves.
I am not the one to say, what is the killer factor. However, it is clearly visible, that it goes like in a monoculture pine forest – the Nun Moth sweeps the forest clean, leaving behind nothing but dead stumps, drying groundcover and the understorey dazzled with unexpected opportunity window.

Scarcely, until-now-marginalised oaks, ashes, cedars and other species are starting to realize that – temporarily at least – there is enough room, air and sun for everyone to try one’s chance again.

Now, in the interesting times, we need all treasures from the humanity’s meme pool – all ‘alternative’ social models, economy paradigms and political concepts – to be dusted, taken out to the light and given a chance. We ain’t need no new stinkin’ monoculture; we need a balanced, interdependent, dynamic ecosystem of communities, floating freely in a safe meta-environment, that can be viewed as“the Protocol” or (my favourite) “the nourishing primordial political soup”.

COOKING THE NAIL SOUP

The ultimate goal for the new meta-environment is to let every community live and thrive, while not the predatory way. Ideally, the Protocol should let communities split and merge freely (individual migration included), being formed from scratch, dissolve. There should be some constraints imposed on community modus operandi – quite similar to those implied by the current discussion about Commons. No shared, non-manufactured resources should be possessed, only used (revocably, in
case of abuse). There should be some agreed minimal rules – human rights being a good, while overdone, example of them – to be observed in the person<->community relationship. There is also a need for inter-community rules, setting up the boundary conditions in bilateral interactions, but also procedures to maintain the Protocol itself – keeping it resilient; stable, but adaptive. Acting like a forcefield shield in Herbert’s Dune – unobtrusive, until somebody wants to stab or shoot you – then
kicking into action.
By all means it sounds fantastic, doesn’t it. However, interesting times need interesting solutions, so to speak, and we have already many pieces of the system laying in front of us. Commons-based economy. Consensus-driven, participatory democracy. Free and open technology. The wealth of P2P concepts. We even have the Primer, education tool for the new era (http://wiki.laptop.org/go/Nell) – what do we need is enough political will to put all pieces together, start testing the concept in some safe playground and see how it evolves.

THE ANARCHO-POSITIVIST APPROACH

FreeLab, at its own scale, struggles to help the new reality to emerge. We are now focused on setting up basic knowledge for people to build intentional communities. We also try to instill some common values in this process: cooperativity, consensus-driven decision making, resilient and sustainable structures. Appropriate technologies and a lot of space for personal beliefs within the community.
We are working mostly with rural communities, of the eco-homesteaders kind. This group is quite constructive, as they tend to run their lives on their own land, and their own way. At the same time they are rather open for new ideas, provided they are practical – like FreeLab’s newest project of setting up local hemp association. AND tt the same time, the group as a whole, distrust every institution and entity from beyond direct environment.

FreeLab intention is, after we have some visible success in our hemp project, to start proposing new DIT (“Do It Together”) initiatives, including more and more cooperative approach. We hope to establish a de facto standard of social organization, which will be open for future translocal interactions. It’s going to be quite an adventure…

This site is part of the Network23 network of free blogs.