Tag Archives: Polska

Völkerwanderung GmbH

Pewien człowiek, zapewne chodząca zacność, ale niezbyt przenikliwy, zaprosił mnie na event Młodzieży Wszechpolskiej. Marsz pod nazwą mniej więcej “Imigranci są be, nie lubimy imigrantów”.

stop-imigrantomNawet gdybym, (z)wiedziony dobrymi intencjami rzeczonego Pana, wybrał się tam, w ciągu pół godziny interakcji zostałbym zapewne — ZASŁUŻENIE — równo obity jako lewak, sprzedawczyk i w ogóle element antypolski. Brak obicia z kolei oznaczałby, że dałem się zastraszyć, zrezygnowałem z mówienia głośno, co myślę, a więc jestem złamas, oportunista i tchórz.
W tej sytuacji chyba lepiej, że do Warszawy mam niespełna 2 tysiące kilometrów, a brak kasy i czasu trzyma mnie skutecznie w Grecji.

Jednakże nie da się ukryć, że lektura tekstów towarzyszących planowaniu wydarzenia była bardzo pouczająca. Oto nauki, jakie z niej wyciągnąłem:

1. Nikt nie próbuje zajrzeć za zasłonę dymną i dowiedzieć się DLACZEGO Niemcom tak zależy na przyjmowaniu uchodźców w Europie. Otóż cała jazda z przyjmowaniem uchodźców polega na tym, że Niemcy — i reszta bogatych, starzejących się społeczeństw Europy — desperacko potrzebuje świeżej krwi. Ale oczywiście nie byle jakiej. Dlatego właśnie to Niemcy rozpuściły w świat takie oto zaproszenie:

Jednocześnie, w ramach tzw. Umowy Dublin 2 (https://en.wikipedia.org/wiki/Dublin_Regulation) — nie znalazłem po polsku — przerzuciły obowiązek przyjmowania azylantów na państwa graniczne Unii, w tym Grecję, Włochy i Polskę.

W ten sposób powstał trzystopniowy tor przeszkód dla kandydatów na stanowisko poddanego Niemiec, Holandii, Wielkiej Brytanii, czy Norwegii:

  • Musisz dotrzeć do Europy żywy i niezbyt przemoczony. Wymaga to kasy, determinacji i szczęścia.
  • Musisz przebić się przez kraje graniczne, które mają obowiązek Cię zatrzymać. Ostatnio coraz mniej gorliwie wykonywany. Ale nadal musisz wykazać się inteligencją i wytrwałością.
  • Musisz złożyć wniosek o azyl lub inną legalizację pobytu w Niemczech czy gdzie tam chcesz i liczyć na to, że uznają Cię za wystarczająco pożytecznego dla niemieckiej potęgi, żeby Cię wybrać.

Tymczasem kraj, w którym się zatrzymałeś, ma się o Ciebie troszczyć, a jeśli Twój wniosek zostane odrzucony, powinien Cię odesłać (na własny koszt) z powrotem.

Z tego systemu Niemcy i reszta bogaczy mają same profity — darmową dostawę najbardziej energicznych i najlepiej wykształconych kandydatów. Oczywiście w pierwszej kolejności tych, którzy przebili się przez wszystkie bariery i zatrzymali się już w Niemczech. Ci, co byli na tyle słabi lub naiwni, żeby utknąć po drodze, mają nikłe szanse na wpuszczenie do niemieckiego raju.

Państwa graniczne z profitów mają pomoc finansową na budowę umocnień granicznych, obozów i środki przymusu bezpośredniego (co się nie zmarnuje, bo własnych obywateli też trzeba czymś bić i polewać). Za to zbierają całe odium i potępienie za strony pro-imigranckich grup, oraz muszą znosić napięcia społeczne typu marszu, na jaki mnie zaproszono. Oraz kontrmarszów.

witamy-migrantowWłochy nieśmiało, a Grecja niemal ostentacyjnie, odmawiają ostatnio pełnienia tej roli. W efekcie rząd grecki skupia się na zapewnieniu migrantom jak najszybszego tranzytu przez swoje terytorium na północ, w stronę głównych adresatów migracji. Identycznie zachowuje się następna na szlaku Macedonia oraz Serbia, które zobowiązań wobec Niemiec nie mają i pewnie teraz bardzo się z tego cieszą. Taka strategia, wobec nieprzytomnego biznesu, jaki na migrantach robi bogata część Europy, jest najsensowniejsza.

2. Szanowni uczestnicy wydarzenia dają się nabierać na retorykę premiera Wegier, który kreuje się na obrońcę Chrześcijańskiej Europy, ale uchodźców jak najbardziej wpuszcza do siebie. Za to ich nie wypuszcza dalej. Czyli robi dokładnie to, czego od niego chcą Niemcy i przeciwko czemu protestują nasi dzielni narodowcy.

Edit: Mniej niż dzień od opublikowania tego artykułu okazało się, że tow. Orban z powodzeniem gra na trzy strony naraz:

  • Migrantów przyjmuje, ale z wielkim szumem pakuje część do obozów, każe bić, przeganiać z miejsca na miejsce i w ogóle robi szopkę, że najazd islamski i giewałt. Zarabia punkty u przerażonego społeczeństwa i podtrzymuje mit Silnego Człowieka Pannonii, Słońca Balatonu i Geniusza Puszty.
  • Większość wędrujących po cichu przepuszcza, a Niemcom mówi, że ich sobie mogą wsadzić. (http://foreignpolicy.com/2015/09/03/hungary-to-eu-the-migration-crisis-is-germanys-problem/)
  • A płot i tak buduje, wprowadza dodatkowe uprawnienia dla siłowików i generalnie jawnie przygotowuje następny etap budowy państwa policyjnego.

Cwaniaczek, nie da się ukryć.

Syrian migrants cross under a fence into Hungary at the border with Serbia, near Roszke, August 26, 2015. Hungary's government has started to construct a 175-km-long (110-mile-long) fence on its border with Serbia in order to halt a massive flow of migrants who enter the EU via Hungary and head to western Europe. REUTERS/Laszlo Balogh
Syrian migrants cross under a fence into Hungary at the border with Serbia, near Roszke, August 26, 2015. Hungary’s government has started to construct a 175-km-long (110-mile-long) fence on its border with Serbia in order to halt a massive flow of migrants who enter the EU via Hungary and head to western Europe. REUTERS/Laszlo Balogh

Oczywiście Węgrzy budują płot na granicy, bo głupi nie są. I teraz wydarzą się jednocześnie trzy rzeczy:

  • Część uchodźców przedrze się przez granicę i tak. Liczby się nie da przewidzieć, więc trzeba wydawać kasę i trzymać ludzi pod bronią (w razie czego przyda się na swoich). Ale jeśli będą problemy gospodarcze, to rząd za to oberwie. A Niemcy pomogą akurat tak, jak Grecji pomogły.
  • Część będzie obozować po serbskiej stronie. Serbowie Węgrów kochają mniej więcej tak jak Węgrzy Serbów. Kolejna granica zacznie się powoli zaogniać.
  • Większość po prostu pójdzie inną drogą. Następna linia obrony: Austria. A może Polska, jeśli Ukraina zdecyduje się dać migrantom przejście.

3. I to jest sedno manipulacji, w której pożytecznymi idiotami są zarówno uczestnicy jednej, jak i drugiej imprezy. Czy Polska (lub inny kraj graniczny) przyjmie i zatrzyma imigrantów, czy ich zablokuje na zewnątrz swoich granic, to jest — z punktu widzenia mocodawców całej akcji — PRAWIE nieistotne. Ważne, żeby migranci nie dostali się zbyt łatwo do wnętrza Twierdzy Europa, której Polska przedmurzem i strefą filtracyjną. Oczywiście lepiej, żeby migracja utknęła na terenie Polski (czy Węgier), bo tam można przeprowadzić casting na przyszłych niemieckich poddanych i wiadomo, że nigdzie sobie tymczasem nie pójdą. Ale wszystko jest lepsze, niż wpuszczenie ich do zazdrośnie strzeżonego wewnętrznego kręgu. Niech się z nimi wożą państwa buforowe. Po to są.

Dla tych, co uważają, że Niemcy są głupi, bo sprowadzają sobie na głowę nieintegrowalnych islamistów, lektura do poduszki:

http://www.dw.com/pl/raport-niemcy-robi%C4%85-post%C4%99py-w-integracji-cudzoziemc%C3%B3w/a-18507227

http://www.psz.pl/117-polityka/imigranci-w-niemczech

http://www.iz.poznan.pl/pz/pz/4_2009_4_wybrany_art.pdf

Konkluzja: to jest kant. A z kanciarzami się nie robi interesów. Najlepsza PRAGMATYCZNA strategia dla państw buforowych to jawne lub nie, ale otwarcie szybkiego i niekłopotliwego tranzytu dla uchodźców. Przy okazji można na tym trochę zarobić. Służby niech pilnują, żeby sprawdzać każdego podejrzanego — a podejrzany będzie każdy, kto chciałby zostać w takiej Polsce, zamiast wygodnie pojechać do Niemiec, czy Holandii.

immigration-euNatomiast rozwiązanie problemu “u korzeni” jest proste, tanie, etycznie super i w ogóle. O, tutaj: https://amargipl.wordpress.com/2015/05/28/nie-chcemy-zadnych-uchodzcow/

Zakładnicy aparatu..

…czyli dlaczego wyniki wyborów w Polsce są nieistotne.

Postawione przez krytykę fotografii pytanie brzmi następująco: jak dalece udało się fotografowi podporządkować program aparatu swojemu zamia­rowi i dzięki jakiej metodzie? I odwrotnie: jak dalece udało się programowi aparatu zmienić zamiar fotografa dla własnej korzyści i dzięki jakiej metodzie? Na podstawie takiego kryterium „najlepszą” będzie taka fotografia, gdzie fotograf przezwyciężył program aparatu w sensie swego ludzkiego zamiaru, tj. podporząd­kował aparat zamiarowi człowieka. Oczywiście istnieją takie „dobre” fotografie, gdzie ludzki duch przewyższa program. Lecz w fotograficznym uniwersum jako całości zobaczyć można, jak programom coraz lepiej udaje się zmienić ludzkie zamiary na korzyść funkcji aparatu. […]

Vilem Flusser, Ku filozofii fotografii

Ilość członków największych partii politycznych w wybranych krajach, przeliczona na milion mieszkańców. Żródło: Wikipedia i strony partyjne.
Ilość członków największych partii politycznych w wybranych krajach, przeliczona na milion mieszkańców. Żródło: Wikipedia i strony partyjne.

Państwo = demokracja + biurokracja

Współczesne państwo narodowe typu westfalskiego funkcjonuje dzięki równowadze dwóch komponentów: politycznego i administracyjnego, albo inaczej demokratycznego (przynajmniej w teorii) i niedemokratycznego. Komponent demokratyczny, wyłaniany w procedurze partyjno-wyborczo-parlamentarnej powinien decydować o tym CO państwo robi (czyli jaką politykę prowadzi), zaś administracyjny, zwany też (pejoratywnie, ale trafnie) biurokracją, decyduje o tym JAK państwo działa, a więc jaka jest treść i praktyka jego polityk.

Nawet z tych podobieństw terminologicznych widać, że zarówno zadania, jak i aspiracje obu komponentów często nachodzą na siebie. Politycy często mają własne pomysły na temat tego jak powinna działać administracja. Biurokraci, którzy mają własne interesy i uznają się — nie bez racji — za strażników tożsamości i ciągłości państwa, oceniają pomysły polityków własną miarką i zachowują się stosownie do tej oceny.

Przy czym biurokracja, administracja, czy też komponent niedemokratyczny nie powinny nam się kojarzyć wyłącznie z metaforyczną herbatą w biurze czy (obowiązkowo niekompetentną) panią w okienku. To także wysoce kompetentni specjaliści resortowi, dekadami żyjący i pracujący w strukturach — także siłowych i służb specjalnych — decydujących o sprawnym działaniu państwa. Dla nich demokratyczni politycy są tym, czym łątki jednodniówki dla drzew: pojawiają się i znikają, zaledwie pozostawiając ślady w kartotekach. Inaczej niż drzewa, biurokraci mają sposoby, aby w razie czego żywot takiej łątki znacznie skrócić, a na pewno uprzykrzyć.

Pamiętam do dzisiaj pewną ministrę czy wiceministrę finansów, która tylko raz zdążyła zapowiedzieć redukcję zatrudnienia w aparacie skarbowym. Tydzień później już miała sprawę w IPN, dwa miesiące póżniej już nie była ministrą. Nieco później, już bez rozgłosu, IPN stwierdził, że jednak nie kolaborowała z komuchami. Ale eks-ministra już do polityki nie wróciła. Lesson learned.

We cook your meals, we haul your trash, we connect your calls, we drive your ambulances. We guard you while you sleep. Do not… fuck with us.

Nawet najbardziej ideowa i szlachetna biurokracja, spadkobierczyni imperiów, ma własne wartości, własne zasady i własne sposoby działania. Jej lojalność nie zmienia sie wraz z wynikami wyborów. Dla demokratycznego outsidera jest czarną skrzynką, do której można mówić, która odpowiada, ale jej wewnętrzne procesy pozostają nieprzeniknione.

Dlatego partia polityczna, dochodząca do władzy w efekcie wyborów, staje w sytuacji opisywanego przez Flussera fotografa, próbującego robić zdjęcia zaawansowanym aparatem. Aparat ów (zbieżność nazw znów nieprzypadkowa) ma budowę dla fotografa niezrozumiałą, kieruje się własnym oprogramowaniem i tylko w ograniczonym zakresie reaguje na wydawane polecenia. Wszelkie operacje wykraczające poza zaprogramowane schematy, z dużym prawdopodobieństwem skończą się spapraniem zdjęcia, za co odpowiadać będzie oczywiście fotograf.

…tam trzeci korzysta

Naturalnym sojusznikiem aparatu biurokratycznego jest biznes. I nie mówimy tu o małych i średnich przedsiębiorcach. Mówimy o kapitalistach finansowych, pośrednich i bezpośrednich właścicielach niewyobrażalnie wielkich majątków. Właścicielach kraju. Jeśli 147 firm kontroluje 40% aktywów świata, a 787 firm kontroluje 80% aktywów, to ile podmiotów potrzeba na Polskę? 15? 20?

Ta grupa, tak samo jak biurokracja, nie lubi zmian. A dokładniej, nie lubi zmian niekontrolowanych i nieplanowanych. Dodatkowo w biznesie planuje się nie na głupie 4 czy 8 lat. Planuje się co najmniej na dekady. To, co dzieje się po drodze, to krótkoterminowe spekulacje i korzystanie z okazji. Dlatego politycy są w najlepszym wypadku użyteczni, aby wprowadzić kontrolowane zawahania w status quo, na codzień służą jako błyskotka odwracająca uwagę publiki od poważnych spraw, a w najgorszym — są drobnymi przeszkodami, które należy obezwładnić lub usunąć. Cała ta zabawa w demokrację tylko przeszkadza i wprowadza zamęt.

Miraże sondaży

Jak widać, bycie politykiem (w sensie udziału w strukturach demokratycznych) to wyjątkowo marne zajęcie. Bez dodania do tego układu jakiegoś nowego czynnika, komponent demokratyczny jest skazany na pozorowanie działań, kolaborację z biznesem i biurokracją, lub bolesne i krótkoterminowe “kopanie się z koniem”. Pod czułą opieką dwóch zachowawczych sił, scena polityczna staje się obszarem rytuału, nie mającego praktycznego znaczenia na dłuższą metę.

Każdy podmiot próbujący zaistnieć w tak zdefiniowanej przestrzeni ma do wyboru albo poddać sie kolejnym rytuałom przejścia, w których stopniowo dostosowuje się do systemu (ostatnio przekonali się o tym boleśnie Grecy), albo zasilić szeregi planktonu politycznego, lub odejść w niebyt medialny.

Jednym z żelaznych aksjomatów demokracji jest władza sondaży. Jest ona bladym odbiciem rytuału wyborczego, owego świętego rytuału demokracji; tak świętego, że niektóre partie, zamiast liczebności swych członków, podają ilości głosów zdobyte w wyborach. Na codzień zaś to właśnie wyniki sondaży są powszechnie uznawane za wyznacznik pozycji danej partii. Metaforyczna łątka bada swój wpływ na las, mierząc sobie puls co kwadrans.

Oczywiście, sondaże prowadzone są przez media i instytucje badawcze — czyli przez aparat wykonawczy biznesu. Wyniki sondaży są więc tyleż warte, co przyjacielska podpowiedź co obstawiać, od pracownika kasyna.

Postawiony w takiej sytuacji komponent demokratyczny nie ma więc wyboru. Musi iść na współpracę. Nawet najbardziej radykalne plany przeradzają sie w “grę z aparatem”, grę fotografów eksperymentalnych, o których Flusser pisze:

Są oni świadomi tego, że obraz, aparat, program i informacja stanowią podstawowe problemy, z którymi muszą się zmierzyć. I w rzeczy samej starają się, aby wy­tworzyć nieprzewidziane informacje, to znaczy wydobyć z aparatu coś, czego nie ma w jego programie. Wiedzą, że grają przeciwko aparatowi. Jednak nawet oni nie są świadomi tego, jak doniosła jest ich praktyka: nie wiedzą, że w zasadzie starają się odpowiedzieć na pytanie o „wolność” w kontekście aparatu.

O ile jednak w filozofii już sama gra ma wartość, co najmniej poznawczą, o tyle w polityce, zwłaszcza tej motywowanej moralnie, liczą się też efekty. Porażka bądź wygrana jednej lub drugiej opcji przekładają się bowiem na ludzkie losy. Szczęście i cierpienie. Życie i śmierć.

Gry uliczne

Owo “wytwarzanie nieprzewidzianych informacji” wymaga wprowadzenia do procesu czynników, które przeważą wewnętrzny automatyzm aparatu. Wymaga wzmocnienia komponentu demokratycznego tak, aby skumulowaną wiedzą i możliwością fizycznego wpływu na bieg wydarzeń przechytrzyć aparat, lub zmusić go do wyjścia poza ramki programu. Największym sojusznikiem w tym działaniu pozostaje “ulica”. Ludzie, którzy wychodzą z domów, odchodzą od telewizorów i komputerów i zaczynają prowadzić politykę na ulicy.

Dzieje się wówczas jeden z dwóch scenariuszy. Albo tworzy się masowa partia, przewyższająca swą siłą — liczbą trwale zaangażowanych, lojalnych członków — nie tylko dotychczasowe partie rządzące, ale też wpływ aparatów biznesu i biurokracji, albo taką siłę buduje oddolny ruch społeczny, który sobie potem partię tworzy lub kooptuje. W jednym i drugim przypadku niezbędna jest wielka grupa ludzi, spojona konkretnym programem politycznym, gotowa do długotrwałego działania w niesprzyjających warunkach i odporna na próby dywersji czy manipulacji.

Partie rządzące z kolei, których relacje z biurokracją i biznesem są stabilne i przewidywalne, nie potrzebują tej siły. Im mocniejsze państwo, im stabilniejsza sytuacja, tym mniej ludzi potrzeba, aby utrzymać jaką taką równowagę. To do zmiany, do postawienia wyzwania, konieczna jest przeważajaca siła.

Budowa tej siły poprzez przyrost ilości członków partii jest historycznie bardziej “naturalna” dla formacji konserwatywnych i autorytarnych. Partie deklarujące się jako lewicowe, ze swego charakteru raczej potrzebują wsparcia ruchów społecznych, nieskrępowanych konwencjami parlamentaryzmu. Ostatnio jednak ten sam model przyjęły formacje wyraźnie prawicowe i faszyzujące. Być może to własnie spowodowało, że moja znajoma, członkini SLD, stwierdziła: “czas partii masowych w Polsce minął”. To może być prawda. Ale to znaczy, że budowa masowych, “ulicznych” ruchów społecznych jest jedynym sposobem na przemiany systemowe.

Popatrzmy na sytuację wśród krajów na naszej liście. Największym zagrożeniem dla status quo w swoich krajach są Podemos (7800 członków na milion mieszkańców, wobec 18 000 rządzacej PP) i HDP (156 członków na milion wobec prawie tysiąc razy liczniejszej AKP). Ale za tymi partiami stoją wielomilionowe, od lat stabilne ruchy społeczne. Nawet bardziej niż Syriza (2700 członków na milion), są one lodołamaczami, wyznaczonymi przez społeczeństwo do rozbicia zabetonowanych układów politycznych i otwarcia przestrzeni dla nowych działań. Inaczej działają portugalscy socjaliści (8300 kontra 11 300 rządzacej RSD) którzy ostatnio ogłosili zmianę polityki na antyascetyczną. To oni dołączają do ruchu społecznego i tworzą bardzo poważną synergię. Odwrotnym przypadkiem są brytyjscy zieloni. Pozbawieni zaplecza ruchów społecznych, mimo podobnego stosunku sił jak w Hiszpanii, zdołali jedynie symbolicznie zaistnieć w ostatnich wyborach.

Arytmetyka siły

Jak musiałaby wyglądać sytuacja w Polsce, aby można było mówić o realnej możliwości zmian systemowych? Spróbujmy wyobrazić sobie, jak mogłaby wyłonić się “polska Syriza”: PLYRIZA.

Potrzebne jest zaplecze społeczne. Zdecydowany, spójny ruch — nie tylko protestu, ale też alternatywy. Proponujący choćby proste, ale jakościowo inne, niż dotychczasowe, rozwiązania. Jaka musiałaby być skala takiego ruchu? “Movimiento 15-M“, który dał początek Podemos, objął w swoim czasie około 7 milionów ludzi. Przeliczając na polską populację daje to 5 i pół miliona. Liczebność partii reform w stosunku do partii rządzącej to około 40% — w Polsce jest to więc około 18 tysięcy; ale Syriza siegnęła po władzę, mając 2700 członków na milion mieszkańców, co w Polsce oznacza ponad 100 000 członków (a Syriza nie jest uznawana za partię masową!).

Wreszcie, gdy dochodzi do wyborów, a więc nadania mandatu do dokonania reform na dużą skalę, mamy znów przykład Syrizy: przy frekwencji 63% i udziale głosów 36%, Syriza dostała bezpośrednie upoważnienie do działania od ponad 22% populacji. Jak to wyglądało w ostatnich wyborach w Polsce? Frekwencja: 49%, udział głosów PO: 39% ale mandat bezpośredni tylko od 18% wyborców.

Widać wyraźnie, że bez silnego poparcia społecznego obecne partie — nawet gdyby chciały — nie mają dość sił żeby cokolwiek zmienić. Mogą jedynie kolaborować z silniejszymi graczami — z aparatem — licząc na jakieś niespodziewane uśmiechy losu.

Z drugiej strony partia nastawiona na radykalną zmianę, zbudowawszy silny ruch poparcia, ma do zyskania wiele głosów. Samo wyrównanie do poziomu frekwencji w Grecji dałoby jej wynik porównywalny z ostatnim wynikiem PiS. Jednak zwycięstwo wyborcze bez dalszego poparcia “ulicy” nie da jej dość sił, aby spowodować trwałe zmiany.

To wszystko są oczywiście bardzo przybliżone liczby, ale widać z nich jasno, że warunkiem wyjścia z układu dwóch wiodących partii, udomowionych przez biurokrację i biznes, jest powrót do korzeni: zbudowanie porywajacego, konkretnego programu politycznego, porównywalnego z Programem z Tessalonik, popartego przez masowy ruch społeczny, przekraczający dotychczasowe podziały. Wtedy nie tylko zwycięstwo wyborcze, ale rzeczywista zmiana polityki i wręcz ustroju, będzie w zasięgu ręki.

I na koniec niech znów przemówi filozof.

To byłoby właśnie to, ku czemu zmierzała podjęta próba, możemy zatem przed­stawić kilka wniosków: po pierwsze, można przechytrzyć głupotę aparatu. Po drugie, można przeszmuglować do jego programu ludzkie zamiary, które nie są w nim przewidziane. Po trzecie, można zmusić aparat do wytwarzania nieprzewidzianego, nieprawdopodobnego, nasyconego informacją. Po czwarte, można pogardzać aparatem i jego wytworami oraz w ogóle odwrócić od nich uwagę, a skoncentrować się na informacji. Krótko mówiąc: wolność to strategia podboju przypadku i konieczności przez ludzkie intencje. Innymi słowy, wolność „to wymóg gry przeciw aparatowi”.

Filozofia fotografii jest konieczna, aby praktyka fotograficzna stała się w pełni świadoma. A to zaś w tym celu, że z praktyki tej wyłania się model dla wolności w kontekście postindustrialnym. Filozofia fotografii musi wykazać, że nie ma miejsca dla ludzkiej wolności w zakresie automatycznych, programowalnych i pro­gramujących aparatów i wreszcie na koniec musi pokazać, w jaki sposób jednak możliwe jest, aby dla tej wolności stworzyć odpowiednią przestrzeń. Celem filo­zofii fotografii są rozważania dotyczące tej potencjalnej wolności – a przez to i nadanie sensu życiu – w świecie opanowanym przez aparaty, w obliczu przypad­kowej konieczności śmierci. Potrzebujemy tego rodzaju filozofii, gdyż jest ona jedyną formą rewolucji, jaka nam ciągle pozostaje dostępna.

Dziekuję Mateuszowi, który zapoznał mnie
z “najważniejszym esejem współczesnej filozofii”
i Beretowi, który — natchniony — zwrócił nań moją uwagę.

Konstytucyjna idolatria

Waldemara Deskę cenię i szanuję za jego niezłomność i wierność zasadom. Nie zmienia to faktu że, co najmniej w zakresie jego walki o wdrażanie i stosowanie konstytucji, uważam go za politycznego przeciwnika.

Ostatnio zaproponował mi napisanie tekstu, który miałby być wykorzystany podczas organizowanej przezeń 21 maja konferencji w sprawie powołania “Instytutu Nadzoru Konstytucyjnego – Sądu nad Sędziami, Urzędnikami i Przedstawicielami Władz”.  Tezy, jakie postawił pozwolę sobie podsumować następująco:

  1. Konstytucja RP jest ekstraktem moralności; wolności i prawa człowieka są w niej bardzo dobrze zdefiniowane;  oddaje tysiącletni dorobek humanistyki i najważniejsze tezy głównych światowych religii.

  2. Konstytucja jest przede wszystkim najwyższym prawem, a dopiero potem źródłem innych praw. Jej bezpośrednie stosowanie, jako prawa najwyższej instancji jest równieź sposobem na przywrócenie życiu społecznemu moralności i etyki.

  3. W tym celu konieczny jest stały nadzór nad Sędziami, Urzędnikami i Przedstawicielami Władz aby monitorować zgodność ich decyzji z konstytucją, a także wymuszać jej bezpośrednie stosowanie.

W rozmowie online uprzedziłem Waldka, że jestem przeciwny jego projektowi i w skrócie wyłuszczyłem swoje powody. Znając je, zdecydował że jednak chce wykorzystać mój tekst. Oto jest.

Zacznijmy od tego, w czym się zgadzamy: życie społeczne powinno kierować się wartościami moralnymi i etycznymi. To jest zasadniczo wszystko, w czym się zgadzamy. Teraz pora na protokół rozbieżności.

1. Konstytucja jako centralny punkt organizacji społeczeństwa.

Należy pamiętać, że omawiana koncepcja odnosi się do bardzo konkretnego dokumentu, mianowicie obecnie obowiazującej Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, a w szczególności, jak to W. Deska podkreślił, do jej trzech pierwszych rozdziałów, Jeśli mielibyśmy przyjąć Konstytucję za centrum organizacji życia społecznego, to “z dobrodziejstwem inwentarza” przyjęlibysmy obowiazujący model weimarski: jednolite (unitarne) państwo narodowe, oparte na monoplu przemocy. Państwo to otwarcie deklaruje się jako monopolista w wielu dziedzinach. W dziedzinie regulowania i ochrony praw i obowiązków obywateli, w szczególności w zakresie przyznawania prawa do działania społecznościm lokalnym (samorządowi). Państwo ściśle definiuje najbardziej intymne relacje społeczne, jak małżeństwo; gwarantuje aparatem przemocy takie — historycznie zmienne — kategorie jak własność prywatna i sposób dziedziczenia; przypisuje sobie prawo definiowania kategorii “mniejszości” i prawo decydowania jak maja być chronione (w domyśle — przed wiekszością), co jest emanacją zasady “dziel i rządź”.

Model organizacji społecznej, wyrażony w Konstytucji jest oparty na jednolitym prawie stanowionym przez instytucje państwowe, w oderwaniu od preferencji poszczególnych wspólnot, składających się na społeczeństwo. Prawo to ma pierwszeństwo przed wszystkimi zasadami moralnymi, włączając te, ktore państwo (jedynie warunkowo) zobowiazuje się chronić.

Stanowienie owego powszechnie obowiązującego prawa odbywać się ma na poziomie ogólnonarodowym, z zastosowaniem mechanizmów instytucjonalnych. Obywatele i ich wspólnoty mają dokładnie taki wpływ na ten proces, jakiego im państwo udzieli. Nie mają natomiast możliwości wydawania jakichkolwiek dyspozycji swoim przedstawicielom, gdyż w państwie unitarnym władzę sprawuje “naród” — podmiot wyjątkowo niechlujnie zdefiniowany w preambule konstytucji. Poslowie i senatorowie, z chwilą objęcia urzędu, zwolnieni są z wszelkiej lojalności wobec swoich wyborców i stają się — na nieokreślonych warunkach — przedstawicielami narodu.

Proszę zauważyć, że nie odnoszę sie w żaden sposób do faktycznej interpretacji i realizacji postulatów konstytucji. Przedstawiam obraz, jaki malują jej przepisy tak, jakby były bezpośrednio i literalnie wdrożone. Jest to obraz dla mnie przerażający.

Wtłoczenie czterdziestu milionów ludzi, o coraz bardziej zróżnicowanym dziedzictwie kulturowym, o coraz większym zróżnicowaniu społecznym i politycznym w odgórnie nałożony szablon, z ambicjami instytucjonalnej protezy naturalnych mechanizmów tworzenia, ewolucji i przekazywania wzorców społecznych. Oparcie tego szablony na przeciwstawieniu licznych mniejszości i niezdefiniowane, za to dominującej, wiekszości, wyraźnie wywiedzionej z patriarchalnej i centralistycznej tradycji. W końcu odcięcie klasy politycznej od jakiejkolwiek kontroli społecznej, za wyjątkiem okresowej ceremonii wyborów.

To nie jest kraj dla wolnych ludzi.

Jakakolwiek próba usprawnienia działania tego modelu, jakiekolwiek ulepszenie i wzmocnienie stosowania tych przepisów — posredni lub bezpośrednio — prowadzi tylko do wiekszego zniewolenia, głębszego ubezwłasnowolnienia mieszkańców Polski.

Mając przed oczami tak opresywny i paternalistyczny model organizacji społeczeństwa zdecydowanie wolę, żeby w praktyce był skorumpowany, niewydolny i dziurawy. Wtedy pozostana w nim jeszcze jakies obszary wolności, jakieś mozliwości zmiany. Jeśli będzie sprawny i skuteczny, jedyną nadzieją na poprawę sytuacji byłby globalny kataklizm.

2. Społeczeństwo oddolne.

Etyka i moralność (a zgadzamy się co do tego, że należy je przywrócić życiu społecznemu) są lokalne. Tworzą się, ewoluują i replikują w naturalnych społecznościach: klanach, plemionach, wspólnotach z wyboru. Nawet ci, ktorzy próbują tworzyć sztuczne struktury społeczne, odwołują się do tradycji (zwykle mitycznych) wspólnot naturalnych. Często po prosty próbują je imitować, oczywiście z opłakanym skutkiem.

Ponieważ moralność nie działa w środowisku instytucjonalnym. Moralność jest żywa, dynamiczna, adaptatywna. Może taką być jedynie w niewielkich społecznościach (o typowym rozmiarze plemiennym — do około 2500 osób) gdzie wciąż dzialają mechanizmy kontroli społecznej oparte na osobistej identyfikacji i reputacji.  Im bardziej próbujemy przekroczyć tę skalę wzwyż, tym bardziej musimy polegać na sformalizowanych mechanizmach instytucjonalnych, sztywnych i łatwych do zmanipulowania.

Absurdalna jest wiara, że da się stworzyć i utrzymać jeden system moralny, regulujący jednolicie i detalicznie  (rodzina, małżeństwo, religia, samorząd) życie społeczne i osobiste 40 milionów ludzi. Taki model państwa jest z definicji amoralny, opresyjny i dysfunkcyjny. Jego odwrotnością będzie państwo będące dobrowolną konfederacją społeczności lokalnych (wernakularnych), samo-się-rzadzących i delegujących (zgodnie z zasadą pomocniczości — z możliwością natychmiastowego odwołania) część uprawnień wzwyż, do kolegialnych ciał wyższego poziomu, przeznaczonych do rozwiązywania problemów w skali przekraczającej pojedynczą społeczność.

Tego rodzaju państwo nie potrzebowalob scentralizowanego monopolu przemocy, bo źródłem jego siły byłby konsensus jego czlonków (społeczności). Nie potrzebowałoby jednolitej ideologii, poza ideologią konfederalizmu. Konstytucja takiego państwa zajmowałaby się kwestiami dochodzenia do konsensusu pomiędzy wspólnotami, zapewnianiem pojedynczym osobom swobody migracji z jednej społecznosci do drugiej i metodami ograniczania koncentracji władzy. Tak skonstruowane społeczeństwo byłoby różnorodne, rozdyskutowane i rozplitykowane oraz bardzo, ale to bardzo podmiotowe. Tworzące je wspólnoty miałyby szansą rządzic się według własnych zasad moralnych, pod warunkiem przestrzegania “protokołu komunikacyjnego” w stosunkach z innymi grupami.

Taki model państwa, daleki od obecnie istniejącego, uważam za możliwy do zaakceptowania. Taka konstytucję chętnie widziałbym udoskonaloną i stosowana bezpośrednią. I być może — choć pewnie nie w Polsce — jeszcze zobaczę. Tymczasem, z bezpiecznej odleglości, będę obserwował losy Sądu nad Sędziami, licząc na to, że przynajmniej nie pogorszy i tak marnej sytuacji Polaków i Polek.

 

Żurawlów: Październikowa Rewolucja

Żurawlów wszystko robi po swojemu. I ma wyniki.

Krajobraz po bitwie

chevron_goodbye_bigNajpierw Żurawlowiacy pogonili kota międzynarodowej korporacji naftowo-gazowej. Po 400 dniach twardej walki, o jakiej powinno się pisać w podręcznikach wychowania obywatelskiego, po Chevronie została malownicza kupa szczątków, którą wprędce uprzątnięto, miejsce zaorano i obsiano czymś jadalnym. Byłem tam ostatnio, i — tak na wszelki wypadek — wbiłem jeszcze w ziemię kołek osinowy. Continue reading Żurawlów: Październikowa Rewolucja

Mamy Anarchii problem…

Na poczatku tego (2014) roku korespondowałem z kolegą na temat wyzwań, stojących przed anarchizmem w Polsce. Korespondencja zawisła w próżni, ale podczas mojego wyjazdu na północ miałem okazję nieco zweryfikować swoje tezy. A po powrocie okazało się, że jest kilka osób, zainteresowanych tematem. Cytuję: “napisz to gdzieś, żeby było z czym dyskutować.”

No więc piszę.

Najpierw — prawie bez zmian — mój list z wiosny 2014 roku.

…teraz sytuacja się zmieniła – ludzie już mają dość; już chcą zmienić porządek – ale z konstruktywnych propozycji dostają tylko coraz bardziej faszyzujące programy uzdrowienia ojczyzny, albo emigrację i neoliberalną alienację.

(…) Poczytaj tekst o Majdanie. Głównym tematem staje się to, jak mamy się odróżniać od innych protestujących – oni nie mają tego problemu, bo mają swój program “pozytywny”. Oni walczą _o_coś_ – i to im daje tożsamość, odróżnialność i ostataecznie wiarygodność. A my (ja się z jednej strony dystansuję, ale przyznaję do tej samej tożsamości) walczymy głównie _przeciw_ – a zapytaj (…) ludzi CO PROPONUJEMY ZAMIAST?

Efekt takiego podejścia jest taki, że ramię w ramię z innymi ruchami – coraz częściej z naszymi naturalnymi przeciwnikami – rozbijamy wspólnego wroga (stary porządek), a potem ludzie idą i realizują program konstruktywny innych ruchów – bo my im nie proponujemy nic konstruktywnego. Oprócz Food Not Bombs.

To jest problem “na zewnątrz”. A teraz problem “do wewnątrz”.

Od kilku lat neonaziści niemiecccy wykupują ziemię w landach wschodnich, pod polską granicą, i zakładają osady. Nie wiem, jak im tam idzie, ale osiedlają się tam, zakładają rodziny, tworzą własne społeczności.

Gdzie masz w Polsce choć jeden skłot rodzinny? Gdzie masz jakichkolwiek aktywnych anarchistów (i nie mówię o wyjazdach na koncerty i zadymy), z rodzinami i dziećmi? Co się dzieje z naszymi ludźmi, gdy kończą studia i poczują się dorośli? Nie mają ani chęci, ani przygotowania, żeby budować stabilne życie w wolnościowej społeczności. Rozglądam się i widzę:

  • Abacki jest wiecznym podróżnikiem. Wędruje po Europie, od skłotu do winobrania, kombinuje z socjalem w Danii, a do Polski wpada na moment. Nie planuje założenia rodziny.
  • Babacka siedzi na zadupiu pod Rzeszowem, bo tam ma starą, ślepą matkę i 6 hektarów. Studiuje zaocznie, jest w ciąży, z partnerem są jedyną dwójką punków w totalnie zapadłej podkarpackiej wsi. Wyrywają się na imprezy, żeby odetchnąć wolnością.
  • Cabacki ożenił się z dziewczyną, która chce stabilizacji. Mają małe dziecko, które wyznacza im oś życia. On ma zawód jak najbardziej mainstreamowy i to on musi utrzymać rodzinę. Kombinują na boku dodatkową działalność i planują założyć porządną kapitalistyczną firmę. Dema, protesty, spokania to dla Cabackiego forma wyjścia z kumplami na mecz, a nie główna działalność.
  • Dabacki działa i organizuje, ale musi z czegoś żyć. Więc od jednego NGOsu do drugiego, od jednego projektu do drugiego. Coraz częściej mówi o wypaleniu, coraz częściej wyjeżdża “bo mam tam pracę”. Nie jest w stanie skupić się na jednym temacie i poprowadzić go chociaż w średnim terminie.

Tak wyglądają NAJBARDZIEJ KONSTRUKTYWNE scenariusze! Ruch jest w tej chwili oparty na młodzieży szkolnej i studenckiej, aktywistach-desperatach, którzy nie mają innego życia i hobbystach — prekariuszach albo zawodowych NGOsowcach, którzy traktują anarchizm jako sposób odreagowania, a nie jako sposób na budowę tkanki społecznej.

Jeżeli nie zaczniemy JUŻ NATYCHMMIAST budować – kosztem naszej własnej wygody i “małej stabilizacji” – środowiska społecznego dla ludzi dorosłych, z rodzinami, to za chwilę nasza baza społeczna skurczy się do nałogowych zadymiarzy, nihilistów i kawiarnianych rewolucjonistów. Bo każdy z oczami, mózgiem i odrobiną chęci na konstruktywne działanie, JUŻ MA coraz więcej możliwości gdzie indziej. Zobacz, jak potężne ilości ludzi zbierają aideologiczne ruchy społecznie, jak kooperatywy spożywcze, Cohabitat, czy Akademia Bosej Stopy. Zobacz z kolei, jak niewiele wystarczy, żeby ludzie gromadzili się przy nas – Food Not Bombs jest przykładem.

Nasze (…) działania pod hasłami No Logo i anarchopozytywizmu zebrały tu w Lublinie grupkę NOWYCH ludzi, którzy COŚ ROBIĄ. Oni realizują zasady anarchistyczne, jednocześnie zakładając ogród w/na kamienicy, kursy językowe, organizując eventy, zasiedlając kolejne pomieszczenia, remontując miejsce, z którego będą korzystać inni, dbając, żeby ten mechanizm, jakim jest dom na Cichej, kręcił się.
Jedyni, których tu nie ma, to anarchiści z FA. Gdzie oni są? Gdzie szukają nowych ludzi do ruchu anarchistycznego? W NGOsach?

(…)

Konstruktywny program, baza ekonomiczna i rozbudowa kadr – to idzie ręka w rękę w anarchopozytywizmie. I to jest jedyna szansa na wyjście z pułapki Majdanu, w której staniemy się mięsem armatnim dla innych ruchów politycznych. Mięsem, w istocie, bardzo pośledniego gatunku.

Teraz, po pół roku, jak to czytam, to z jednej strony widać wyraźnie, że  “sercem gryzłem”. Z drugiej, po rozmowach z ludźmi z Niemiec, Holandii i Norwegii, widzę, że problem nie jest tylko lokalny. Bardzo świeżo pojawił sie nowy głos ze wschodu. Sokrat pisze z więzienia o tym, jak wojna rosyjsko-ukraińska rozbiła jedność “trójcy”: rosyjskiego, ukraińskiego i białoruskiego ruchu antyfaszystowskiego. Jak to bywało już w historii, niedawni towarzysze walk strzelają teraz do siebie – i wcale nie dlatego, że się poróżnili. Po prostu siła przyciągania konstruktywnego (chociaż wrogiego politycznie) programu patriotycznego, wzmocniona propagandą pokazującą na wroga i nazywającą go (zasadniczo słusznie, niezależnie od strony) faszystą, okazała się silniejsza, od negatywnej jedności antyfaszystów. Dla mnie jest to silna przesłanka, aby znów mówić o potrzebie wspólnego konstruktywnego programu – bo to jest znacznie lepsze spoiwo społeczne, niż sam, czysty protest.

Subkultura na własne życzenie.

Bardzo stanowczo twierdzę że anarchizm nie jest dla każdego. Cnoty anarchisty, między innymi samodyscyplina, asertywność, empatia, czy ideowość, kształtują się wolno i z trudem; i wcale nie u wszystkich. Dlatego tak cenny jest każdy anarchista, każda anarchistka. Dlatego tak wielką szkodą jest, gdy muszą – z braku propozycji wewnątrz ruchu – szukać sobie miejsca w mainstreamie, żeby rozwijać się jako dorośli. Brak jest anarchistycznych funduszy stypendialnych; brak anarchistycznych sieci nauczania domowego; brak anarchistycznych kooperatyw zarobkowych – brak infrastruktury społecznej, która pozwoliłaby ludziom prowadzić dorosłe życie, pozostając w przyjaznym otoczeniu społecznym i politycznym.

Nie mając – nie tworząc – tego wszystkiego, anarchizm skazuje się na bycie subkulturą. Lekceważoną polityczną “chorobą wieku dziecięcego”, zamiast wartościową drogą politycznego i duchowego rozwoju. Nie tylko nie przyciąga najwartościowszy ludzi z zewnątrz, ale tych, którzy dołączą “wypluwa” wtedy właśnie, gdy są ukształtowani i gotowi do działania. Co za koszmarne marnotrawstwo.

Tradycje stare i nowe

Mamy w tradycji anarchistycznej liczne propozycje działań konstruktywnych, prefiguracyjnych. Oprócz walki z istniejącym systemem, myśliciele anarchistyczni (z moimi ulubionymi: Kropotkinem i Abramowskim) postulowali działanie konstruktywne:, praktyczne, realizujące “pracę organiczną”, tak znienawidzoną przez hurrapatriotycznych nacjonalistów.

W dzisiejszych czasach możemy obserwować, jak długofalowe projekty społeczne, ideowo pokrewne anarchizmowi, wydają owoce. Niedawno swoje dwudziestolecie świętowali meksykańscy Zapatyści, którzy okazali się być najskuteczniejszym oddolnym ruchem autonomicznym ostatnich dekad. Zbudowali własną, unikatową (także ideologicznie) strukturę polityczną, która bardzo skutecznie opiera się zarówno rządowi maksykańskiemu, jak i korporacjom, próbującym rabować bogactwa naturalne tamtych terenów. Zpatystowski model polityczny nie jest zasadniczo anarchistyczny, ale jest na tyle bliski anarchizmowi, że doświadczenia w jego wdrażaniu mogą być bardzo pomocne.

PKK, dominująca partia lewicowa wśród Kurdów, pod wpływem lektur ich lidera, Abdullaha Ocalana, już dawno (w 2005 roku) przyjęła koncepcję ideologiczną podobną do Zapatystów – obie wywodzą się z post-anarchistycznech poglądów Murraya Bookchina.

Najświeższą próbą wzmocnienia nurtu konstruktywnego w anarchizmie jest “Rewolucja Integralna”, zaproponowana przez Katalończyków z Enric’em Duran Giralt, którzy piszą:

Tam gdzie trwa opór, tam jest i nadzieja. Opór wyraża niezgodę na obecną, barbarzyńską rzeczywistość. Należy jednak rozpaczać nad tym, jak wiele energii skupia się na oporze i żądaniu reform, zamiast twórczego przekształcania świata.

Uważamy, że aby skutecznie stawiać opór i – przede wszystkim – pokonać system, musimy sami siebie – jako osoby i jako zbiorowości – zbudować od nowa; musimy stworzyć nowe społeczeństwo.

Jak latarnie, rozświetlone nadzieją na całkowite przekształcenie społeczeństwa, rozmaite procesy społecznej samoorganizacji rodzą się i nabierają energii od dziesiątków lat, a szczególnie ostatnio, w miarę pogłebiania się systemowego kryzysu.

Część z tych inicjatyw jest skoordynowana, lecz w większości przypadków widać znaczne rozdrobnienie i brak podziału pracy między różnymi ruchami i grupami działania. Widać także, jak często odkładamy na później pracę nad rozwojem osobistym i kolektywnym, niezbędnym, aby wywołać oczekiwane przez nas zmiany.

Uważamy że należy stworzyć, w zdecentralizowanej formie, sieć punktów odniesienia, pozwalającą nam pracować nad wspólnymi celami, zachowując zarazem autonomię, oraz budować nas samych i naszą zdolność stawiania oporu.

Ważnym krokiem w tym kierunku będzie stworzenie wspólnej przestrzeni dla rozważań, refleksji i pracy nad konkretnymi formami, jakie przybierze rewolucja.

Jak to ostatnio wyrazili Zapatyści, jest to czas, aby powiedzieć TAK. Aby spotkać się z tymi z nas, którzy

odpowiadają twierdząco na pytanie ‘Czy jest inna droga?’ To, czego potrzebujemy, to odpowiedzi na pytanie następujące poowym TAK: Jak to droga? Jaki nowy świat? Jakie społeczeństwo potrafimy, chcemy, potrzebujemy wyobrazić sobie? Co trzeba zrobić? I z kim?”

Jak widać, potrzeba działania konstruktywnego wzmaga się w całej Europie i na całym świecie. Jest to wyzwanie i szansa dla ruchu anarchistycznego w Polsce. Czy zechcemy je wykorzystać?

 

Żurawlów w słońcu

chevwrong_logoDrodzy przyjaciele,

Proszę Was o zagłosowanie na Remizę OSP Żurawlów, aby znalazła się w finale konkursu Greenpeace i miała szansę na zainstalowanie minielektrowni słonecznej.

Formularz do głosowania jest tutaj

Oto powody, dla których popieramy ten pomysł.

Społeczność lokalna w Żurawlowie ponad 400 dni temu, jako pierwsza w Polsce SKUTECZNIE stawiła czoła międzynarodowej korporacji Chevron. Bez wymaganych dokumentów, bez uprzednich konsultacji społecznych, Chevron próbował uruchomić w Żurawlowie wiercenia poszukiwawcze i eksploatacyjne gazu z łupków.
Dzięki nieustępliwości i wzorowej postawie społecznej, przy wsparciu ludzi ze wszystkich politycznych i społecznych stron Polski i świata, mieszkańcy Żurawlowa doprowadzili – w pełni legalnymi i pokojowymi środkami – do rezygnacji Chevronu z wierceń w Żurawlowie. To był przykład absolutnie wzorowego obywatelskiego oporu przeciw niesprawiedliwości i arogancji możnych tego świata.
Walka toczy sie nadal w sądzie, ale Chevron wycofał się fizycznie z Żurawlowa, wypowiadając także zawarte cichcem umowy dzierżawy ziemi.

Żurawlów swoim oporem zainspirował inne społeczności, nie tylko w Polsce, do czynnego oporu wobec działań transnarodowych korporacji. Jedną z nich było brytyjskie Balcombe, które – oprócz walki z lokalną odnogą hydry hydroszczelinowania – zapowiedziało założenie lokalnej spółdzielni produkującej energię w instalacji fotowoltaicznej.

Teraz Żurawlów także ma szansę na swoją elektrownię słoneczną – jeśli dostanie od nas wystarczające poparcie, znajdzie się w finale. A jeśli Greenpeace docenia rolę społeczności lokalnych w walce o ochronę przyrody, to wynik będzie przesądzony. Do dzieła więc, kliktywiści! :-)