Tag Archives: Rewolucja

O Ekonomię Polityczną Rewolucji…

…czyli Gdy Opustoszeją Śmietniki.

W znanym amsterdamskim barze politycznym Joe’s Garage, jednym z ostatnich hardkorowych skłotów w okolicy, trwa impreza benefitowa. Ludzie kupują piwo, częstuja się wegańską karmą, a dodatkowe pieniądze wrzucają do skarbonki na jakiś cel anarchistyczny.

W Grazu, w anarchistycznym klubie Czarna Rzodkiew, ludzie ogladają film i słuchają wykładu. Na koniec puszka na pieniądze przechodzi z rąk do rąk i wraca pełna drobniaków. Kolejny wywrotowy projekt dostanie wsparcie.

Na warszawskim skłocie trwa koncert punkowy. Dochód z wejścia i baru idzie na utrzymanie miejscówki. Ludzie zostawiaja po parę, paręnaście, czasem parędziesiąt złotych.

Przyglądam się im i zastanawiam, skąd płyną te pieniądze. Co ludzie robią, aby mieć te kilka euro czy złotych ponad podstawowe potrzeby, aby móc przeznaczyć je na wsparcie działań, ktore mają zniszczyć świat kapitalizmu, wyzysku i nierówności.

W większości (bardzo chciałbym poznać jakieś badania na ten temat) w ten czy inny sposób żyją z państwa i kapitalizmu. Pracują dorywczo, dostają renty czy zasiłki. Studenci, prekariuszki, początkująca korpokadra, bezrobotni. Bywalcy winobrań, malarze norweskich domów, czasem wspierani przez rodziców. Zawodowi NGOsowcy. Jakoś sobie radzą. Mało kto z nich jest całkiem poza systemem, w ciemnoszarej, czy wręcz czarnej strefie. A z tej mniejszości znikoma część jest zainteresowana rewolucją, ktora zdemolowałaby i ich nisze ekologiczne.

Ekspropriacje, z bronią czy komputerem w ręku (najsłynniejsza zapewne akcja Enrica Durana — około pół miliona Euro uzyskane podstępem od banków i wydane na rozwój spółdzielczości anarchistycznej) czy dyskretnie zachwalana przez Krzysztofa Nawratka zorganizowana guerilla finansowa to wyjątki, podziwiane przez wielu, przyciagające niewielu. Nie znam zaś przypadku, aby ktoś je planowo i z sukcesem powielił.

Faktem jest więc niepodważalnym, że finansowanie ruchów antypaństwowych i antykapitalistycznych pochodzi głównie z udziału stronników rewolucji w mainstreamowej gospodarce i sferze publicznej. Tworzy się więc wcale niejednoznaczna relacja. Barwnie pokazuje ją przytoczona przez N. anegdota (z początków 21 wieku) o niemieckiej radykalnej grupie anarcho-feministycznej, biorącej na potęgę granty rządowe oficjalnie przeznaczając je na dzialalnośc antypaństwową.

Wiele już powiedziano na ten temat, przeważnie w tonie moralizatorskim. Chciałbym odłożyć wartościowanie na bok i skupić się na trzech problemach, ktore rozpatrywanych z punktu widzenia grup radykalnych:

  1. Na ile finansowy freeganizm (czy wręcz dumpster-diving) blokuje rozszerzanie się radykalnych projektów, migrowanie zwolenników z mainstreamu do wnętrza przestrzeni prefiguracyjnej, wychodzenie z programem i aktywizmem poza schemat (i populację) subkultury, w ogólności zaś “podcinanie gałęzi, na której się siedzi”, czyli rzeczywistą dekonstrukcję państwa i kapitalizmu.
  2. Jak mogłyby wyglądać elementy “anarchizmu samofinansującego się”; jaka infrastruktura gospodarcza pozwoliłaby osłabić freegańską zależność od nadwyżek, generowanych przez wrogi system, decydujących o być lub nie być ludzi i inicjatyw.
  3. Jak może wyglądać “mapa drogowa” przemian w ruchach radykalnych, prowadząca w kierunku takiej samodzielności ekonomicznej, ktora pozwoliłaby nie tylko dumnie stwierdzić “o nic was nie będziemy prosić”, ale faktycznie zmniejszyć zależność od strumienia dóbr, usług i pieniędzy pobieranych tędy i owędy z terytorium przeciwnika.

Trzy ważne uwagi:

  • W moich rozważaniach używam pojęcia “rewolucja” i pochodnych jako figury wszelkich projektów zakładających zwalczanie państwa, kapitalizmu, lub obu naraz, oraz zbudowania na ich miejscu nowego porzadku społeczno-ekonomicznego. W żadnym wypadku nie ograniczam tego do planów związanych z przewrotem zbrojnym.
  • Świadomie przedstawiam zjawiska i procesy w postaci analogowej, niezupełnej, z odcieniami — i proszę to uwzględnić. Nie generalizuję, nie stawiam też typu “zawsze/nigdy” itp. Jeśli z powodów stylistycznych używam form kategorycznych, proszę pamiętać o niniejszym zastrzeżeniu.
  • Ten tekst jest zaledwie muśnięciem tematu, obliczonym na wywołanie (merytorycznej, mam nadzieję) dyskusji, badań, a potem być może działań. Nie mam najmniejszych zamiarów, aby temat wyczerpać — zapraszam Czytelniczki i Czytelników do jego rozwijania.

Rewolucja maszeruje na brzuchu

Tak strawestowane słowa księcia Wellington, pogromcy Napoleona, zgrabnie podsumowują sytuację. Rewolucjoniści (i ich mniej radykalne rodzeństwo) maja te same podstawowe potrzeby materialne co reszta ludzkości: jedzenie, odzież, schronienie, transport, łączność, jakaś intoksykacja, jakaś rozrywka, w razie problemów — leczenie lub pomoc prawna.

W kapitalistycznym otoczeniu podstawowym środkiem do zaspokojenia tych potrzeb jest pieniądz. W otoczeniu państwowym — uprawnienia nadane przez państwo. W heterogenicznej rzeczywistości jest to zwykle kombinacja obu, częściowo substytutywnych, środków. Ponieważ państwo ma bardziej podmiotowe podejście sprawy (większość bezpośrednich świadczeń ma charakter indywidualny i nieprzenaszalny), łatwiej jest korzystać z metod kapitalistycznych — zdobywając pieniądze.

Z kolei pieniądze, jak wiadomo, nie biorą się znikąd (ironia!). Pieniądze tworzone są przez banki, w samym sercu kapitalistycznego systemu. Ich dystrybucja i wręcz wymuszane powszechne użycie niosą ze sobą “jedynie słuszny” język, o ktorym Krzysztof Nawratek pisał:

…kapitalizm opiera się na wytwarzaniu hierarchicznych stosunków dominacji i podległości, gwarantowanych przede wszystkim poprzez redukcję sposobów w jakich porozumiewają się (uzasadniają swe istnienie i działanie) aktorzy życia społeczno-gospodarczego do języka opartego na pieniądzu i logiki zysku. Wolny rynek jest tu pewnym abstrakcyjnym konstruktem, który z jednej strony rości sobie prawo do powszechności a z drugiej dokonuje drastycznej redukcji kontekstu.

Im bardziej więc uzależniamy się od kapitalistycznego pieniądza, tym więcej wpuszczamy w swoje życie kapitalistycznego języka; tym mniej mamy miejsca na język opisujący to, co jest poza polem widzenia kapitalizmu. Dzieje się wiec to, o czym pisał Noam Chomsky:  możemy prowadzić dowolnie radykalne dyskusje, ale zakres ich tematów jest ściśle ograniczony — w tym przypadku przez zasięg pojęciowy i strukturę języka.

Bogate społeczeństwa mają pod tym względem nieco łatwiej, jako że ilość czasu i energii, poświęconych przez statystycznego rewolucjonistę na zapewnienie sobie przeżycia, jest w nich znacznie skromniejsza niż przeciętna. Znakomitym przykładem jest tu Norwegia. Rewolucjoniści pracowici mają tu możność zdobycia zatrudnienia, które w trzy miesiące zapewni im środki przetrwania na resztę roku, a w kolejne trzy — na prowadzenie przez pół roku (werbalnej) dzialalności antypaństwowej i antykapitalistycznej na przyzwoitym poziomie. Rewolucjoniści niepracowici maja wciąż do dyspozycji luksusowo zaopatrzone śmietniki i generalnie życzliwo-obojętne społeczeństwo, zawsze chętne nabyć bezcłową wódkę i papierosy.

W mniej zamożnych, ale bardziej “prosocjalnych” społeczeństwach, jak holenderskie, duńskie, czy niemieckie, pojawia się dostęp do różnych benefitów państwowych, jak zasiłki, granty i temu podobne. Są one jeszcze o tyle lepsze od oszczędnej Norwegii, że tubylcy mają wpojone zachowania solidarnościowe i wszelkie akcje zbierania funduszy mają dość duże szanse powodzenia.

Tak czy owak, wykorzystanie pieniądza państwowo-kapitalistycznego jako głownego środka zaspokajania potrzeb powoduje, że rewolucjonista (i jego dzialalność) staje się zależny nawet nie od samego istnienia systemu kapitalizmu i państwa, ale wręcz od jego dobrostanu i “prosocjalnej” skuteczności.

Jesli zaś podmiotem jest organizacja, terytorialna lub nie, to jej wymiana z otoczeniem czyni ją wielce zależną od dobrych relacji (pośrednich i bezpośrednich) z — teoretycznie wrogim — otoczeniem.

Otoczenie, świadomie czy nie, zawsze wyznacza jakoś granice zwojej tolerancji. Ich przekroczenie (zbyt hałasliwe imprezy, zbyt skuteczna dzialalnośc polityczna, zbyt wielki przyrost zwolenników) powoduje zwykle stopniowe pogorszenie relacji, wyrażające się utrudnionym dostępem do świadczeń, ograniczeniem swobody dzialania; słowem, pogorszeniem sprawności energetycznej dzialań rewolucyjnych. Brak alternatywnych środków zaspokojenia potrzeb powoduje przymus utrzymywania się w granicach zdefinowanej przez przeciwnika JEGO strefy komfortu. Inaczej, nałożone sankcje grożą calkowitym odcięciem od zasilania. Jest to metaforyczny lejek — wydostanie sie z niego wymaga nakladu energii na takim poziomie, że trudno jest go — w krótkim horyzoncie czasowym — uzasadnić.

Używanie państwowo-kapitalistycznego pieniądza niesie ze soba jeszcze jeden skutek, szczególnie niszczący dla wszelkiej działalności społecznej. Rolą pieniądza, a szerzej: rynku, jest oderwanie transakcji nabycia dóbr lub świadczenia usługi od relacji społecznej w sensie osobistym. Pieniądz, zapośredniczając wymianę, anonimizuje i alienuje relacje społeczne. Abacki wymienia swoją pracę na pieniądz, który następnie daje Babackiemu za jego pracę. Cała kulturowa otoczka kapitalizmu dba o to, żeby obaj traktowali to jako sposób na uwolnienie się od konieczności utrzymywania wzajemnej relacji społecznej. To jest oczywiście bardzo wygodne — i stąd oszałamiająca kariera pieniądza jako substytutu relacji społecznych. Ale skutkiem tej kariery jest atrofia umiejętności nawiązywania, utrzymywania i rozwijania tychże. A to dla dzialalności rewolucyjnej jest gwóźdź do trumny.

Podsumowując, finansowanie działalności rewolucyjnej z pieniędzy zarobionych w otoczeniu państwowo-kapitalistycznym niesie trzy zagrożenia:

  • Uzależnienie od (świadomej i nieświadomej) hojności systemu i jego sprawnego działania, co obiektywnie zminiejsza motywację aby go uszkodzić lub zniszczyć.
  • Uzależnienie od sprawnego transferu pieniędzy z otoczenia. Wymaga to istnienia otoczki społecznej sympatyków i stronników, którzy — pozostając na codzień zanurzeni w otoczeniu państwowo-kapitalistycznym — zajmują się dostarczaniem uzyskanych tam pieniędzy do przestrzeni rewolucyjnej. Osłabia to motywację do przekształcania ich w aktywnych uczestników rewolucji, porzucających zewnętrze na rzecz życia w przestrzeni prefiguracji.
  • Uzależnienie od pieniądza: wygodnego medium, zapośredniczającego relacje współpracy społecznej, co prowadzi do zaniku umiejętności budowy tychże relacji.

Detoks i odwyk dla rewolucjonistów

Jeśli chcemy sobie poradzić z tymi trzema uzależnieniami, musimy — jak w każdej terapii — przedstawić sobie stan docelowy, rozważyć odtrucie (działania krótkoterminowe) i odwyk (długoterminowe).

Wolność od uzależnienia jest w istocie swobodą kształtowania relacji, zgodnie z wewnętrznymi dążeniami i wartościami, a nie z racji wpojonych przymusów. Oznacza to, że naszym ideałem będzie poddanie tych trzech elementów (poziomu wymiany ekonomicznej z wrogim otoczeniem, gotowości i zdolności przyjmowania “imigrantów wewnętrznych” oraz zakresu wykorzystywania pieniądza państwowo-kapitalistycznego) wyłącznej kontroli kryteriów etycznych i politycznych — co do ilości i co do jakości. Oczywiście każdy z tych elementów, w każdej konkretnej wspólnocie rewolucyjnej, może być i pewnie będzie różny. Rodzi to pytanie o mechanizmy mediacyjne, wymagane dla kohabitacji i kooperacji, ale to zdecydowanie wykracza poza ramy niniejszego tekstu.

Przejdźmy do rozważań o możliwościach działań krótkoterminowych, zmniejszających wymienione uzależnienia.

 1. Zmniejszenie wymiany gospodarczej z zewnętrzem.

Sa to działania popularnie (i błędnie) nazywane dążeniem do samowystarczalności. Błednie, albowiem jeśli potrzebujemy dziennie powiedzmy 3000 kilokalorii, to 3000 kilokalorii netto musimy SKĄDŚ wziąć. Jeśli nie w postaci pizzy dowiezionej z kapitalistycznej sieciówki, to w postaci gotowych dań ze śmietnika albo worka warzyw z antykapitalistycznej ekowioski. W ostateczności w postaci materiałów, czasu i energii koniecznych do zaprowadzenia i prowadzenia ogrodu warzywnego na dachu naszego skłotu. Ale materię i energie z otoczenia pobieramy zawsze. Wybieramy jedynie na jakich warunkach i z kim chcemy prowadzić wymianę. Nawet klasyczny dumpster diving jest wymianą, gdyż wydatkujemy czas i energię, zwalniamy na rzecz dostawcy przestrzeń w pojemniku a być może rownież zapewniamy niewinną rozrywkę personelowi ochrony.

To, co możemy zrobić, to ograniczyć naszą wymianę z wrogim systemem, dokonywaną na zasadach handlowych. Oznacza to, że potrzebujemy mniej pieniędzy, a także przeciwnikowi trudniej jest kontrolować strumień dóbr do nas płynących.

Metody są różne i możliwe do jednoczesnego zastosowania:

  • Ograniczenie własnych potrzeb
  • Efektywne wykorzystywanie materii i energii
  • Poszukiwanie, preferowanie i wspieranie antysystemowych dostawców
  • Pozyskiwanie zasobów niskoprzetworzonych i przetwarzanie ich we własnym zakresie (wymaga infrastruktury).

Należy pamietać (to zastrzeżenie będę powtarzać jak najczęściej) że nie chodzi o bezwzględne i ekstremalne realizowanie każdego z tych postulatów. Chodzi o świadome i swobodne określenie, na jakim poziomie powinno się je realizować, aby wynik był optymalny dla potrzeb danej społeczności rewolucyjnej. Inny poziom wybierze grupa radykalnych osadnikow-prymitywistów, inny — społeczność haktywistyczna, jeszcze inny zaś otwarta wspólnota skłoterska, porwadząca centrum społeczne.

2. Tworzenie wyspecjalizowanych kanałów transferu zasobów

O ile rewolucyjna społeczność nie jest z definicji w jakiś sposób ekskluzywna, to przeważnie może jedynie zyskać na przyroście liczby członków. I znów, nie jest to postulat bezwzględny, bo są różne modele dzialania. Ale w wielu przypadkach proporcje liczebności stałych członków społeczności do liczby aktywnych (wspierających materialnie) sympatyków w danym okresie wyznaczone są prostym równaniem:

Kst + (Lcz * Kcz) = Lsy * (Dsy – Ksy) + Din

Gdzie:

  • Kst — Koszty stałe utrzymania społeczności jako calości (niezależne od liczby czlonków i sympatyków).
  • Kcz — Koszty zmienne utrzymania, przypadające na jednego czlonka społeczności.
  • Lcz — Liczba stałych czlonków społeczności.
  • Lsy — Liczba sympatyków, wspierających spoleczność z zewnątrz.
  • Dsy — Przeciętny dochód z jednego sympatyka w okresie czasu.
  • Ksy — Koszt przypadający na jednego sympatyka w okresie czasu.
  • Din — Inne dochody społeczności (nie pochodzące od sympatyków).

Wynika z niego jasno, że im większy udział pojedynczego sympatyka w dochodach społeczności, tym mniejsza jest ekonomiczna motywacja do jego utraty (z racji odejścia, ale także z racji przekształcenia w stałego członka społeczności, nieprzynoszącego dochodu, a generującego koszty). Ogranicza to swobodę decyzji co do rozrostu społeczności, jako że własnie sympatycy stanowią naturalną bazę rekrutacyjną. Rozwiązaniem problemu może być zwiększanie liczby sympatyków, albo zwiększanie roli innych źródeł dochodów, generowanych bez ich udziału (a więc poprzez działalność członków społeczności). Zwłaszcza ten ostatni sposób może doprowadzić do sytuacji, w której konwersja kolejnego sympatyka na członka społeczności będzie przynosić korzyść ekonomiczną.

W tym kontekście najlepsze wydaje się dążenie do stanu równowagi, w którym decyzja o przyjęciu sympatyka do społeczności byłaby neutralna ekonomicznie.

Mając wstępnie opisane zależności, możemy teraz rozważyć krótkoterminowe sposoby dojścia do takiego stanu.

Podejście krótkoterminowe zakłada, że nie dokonujemy znaczących zmian w infrastrukturze (jak np. uruchomienie własnej produkcji żywności, czy działalności ekonomicznej skierowanej na zewnątrz).

Ogranicza to pole manewru do korzystania z tych samych źródeł materii i energii co dotychczas, ale ze zmniejszeniem roli sympatyków w łańcuchu redystrybucji.

Moim faworytem jest tu tworzenie wewnątrz społeczności wyspecjalizowanych grup, zapewniających dostęp do różnego rodzaju zasobów. Najczęstszym przykładem sa tu grupy pozyskujęce darmową żywność. Mogą to też być grupy fundraisingowe, pozyskujące zasoby pieniężne w dowolny, akceptowalny dla społeczności, sposób.

Z jednej strony odciąża to sympatyków i pozwala zblizyć się do opisanego powyżej stanu równowagi ekonomicznej. Z drugiej — cementuje społeczność poprzez długoterminową wspólną pracę dla wspólnego dobra. Zwiększa to również suwerenność społeczności, która dokonuje świadomych wyborów co do pozyskiwanych zasobów, ich źródeł i sposobów pozyskania.

3. Demonetyzacja społeczności.

Społeczność rewolucyjna z definicji nastawiona jest na zmiany w relacjach spolecznych. Dokonanie tych zmian, a co najmniej ich monitorowanie i świadoma ocena, wymagają określonego poziomu percepcji i umiejętności społecznych. Opisany wcześniej negatywny wpływ państwowo-kapitalistycznego pieniądza powinien zostać zredukowany do poziomu, jaki nie będzie upośledzal tego aspektu działania społeczności. Krótkoterminowe działania w tym zakresie mogą obejmować:

  • Uproszczenie i odizolowanie obiegu pieniężnego od reszty życia społeczności, poprzez wyznaczenie osób funkcyjnych do przyjmowania dotacji i ich rozliczania.
  • Zasadę “ostatniej deski ratunku” — używanie pieniędzy do zaspokajania potrzeb jedynie wtedy, gdy zawiodły wszystkie inne, poważnie wypróbowane, metody.
  • Aktywne zachęcanie sympatyków do wspierania społeczności w naturze, nie w pieniądzu.
  • Unikanie wewnętrznych rozliczeń pieniężnych. Samokształcenie w kierunku uzywania niepieniężnych miar wartości.
  • Poszukiwanie — w tej samej przestrzeni polityczno-społecznej — partnerówdo współpracy i wymiany niepieniężnej.

Wszystkie opisane powyżej działania można napotkać w praktyce. Celem tej części artykułu jest pokazanie ich w szerszym kontekscie, jako sposobów na odparcie cichej presji ze strony systemu państwowo-kapitalistycznego, jakiej podda na jest każda wolnościowa społeczność w nim zanurzona.

W kolejnej części artykułu skupię się na możliwych rozwiązaniach długoterminowych, zmieniających trwale sposoby interakcji z wrogim otoczeniem. Tymczasem zapraszam do dyskusji.

Chłop(ka) z pistoletem maszynowym cz. 1

female-vietcong-fighter-photographPrzez blisko 35 lat czekałem, aby znów przeczytać fragment książki “Bambusowa Klepsydra“, Wiesława Górnickiego, pisarza niesławnego politycznie, lecz nieodżałowanego literacko. Dzisiaj, dzięki mojemu wielkiemu przyjacielowi-esperantyście, mogę się znów zachwycać kawałkiem świetnej politycznej prozy. I powraca do mnie nostalgicznie pytanie z tamtego lata 1979 roku: “Jak oni mu to puścili?”. :-)

W kontekście tego, co się dzieje w Rojavie i w Grecji — że wspomnę tylko dwa najbliższe mi przykłady — ten fragment (i następny, który opublikuję niebawem) nabierają bolesnej aktualności. Stają się naglącym ostrzeżeniem dla nas — którzy nie wyciągnęliśmy nauki z cudzej historii. Dziś zaczynamy przeżywać ją sami. Panie i Panowie, witamy w rzeczywistości – dzisiaj i 35 lat temu. Prosimy mocniej zapiąć pasy.


Ani chleb, ani pieniądze, ani lekarstwa nie mają dziś tak uniwersalnych właściwości i tak ogólnoludzkich zastosowań, jak automatyczna broń palna z odpowiednim zapasem amunicji. Pięciostrzałowy karabin w rodzaju mausera 08/15 był jednak bronią zbyt skomplikowaną jak na umiejętności chłopskiej partyzantki. Wymagał znajomości trójkąta błędów, nastawiania celownika, na którym widniały cyfry, uciążliwego pucowania długiej lufy; był nieporęczny, trudny do ukrycia, niewygodny w dżungli.

Tymczasem z automatu potrafi strzelać każdy, nawet dziesięciolatek. Celność strzałów ma mniejsze znaczenie, bo ściana ognia z jednego magazynka przygnie na chwilę do ziemi nawet pluton doborowej piechoty. Broń automatyczną można wyprodukować w dowolnym miejscu świata i wykorzystać z pożytkiem zupełnie gdzie indziej; w ogóle wszędzie, gdzie uda się dowieźć skrzynie z ładunkiem. Nie trzeba do obsługi tej broni długotrwałego szkolenia, znajomości języków obcych, nawet umiejętności czytania i pisania. Posługiwanie się automatem jest czynnością łatwą i prostą, dostępną również dla stuprocentowych analfabetów. Wystarczy wprowadzić nabój do komory zamkowej i nacisnąć język spustu.

Wielki, wspaniały wynalazek. Kto służył w jakimkolwiek wojsku świata, ten na pewno pamięta ów odruch powolnego zginania palca wskazującego prawej ręki i zarazem napinania mięśni lewego przedramienia w celu złagodzenia odrzutu. Po pierwszym strzale ma się to już na zawsze w mięśniach, nerwach i w mózgu.

Nam, w Europie, po trzydziestu latach pokoju, pistolet automatyczny kojarzy się wyłącznie z mundurami regularnych armii. Ale w ciągu tych samych trzydziestu lat na świecie toczyło się ze dwieście wojen wyzwoleńczych, powstań, rebelii i walk partyzanckich, w których automaty zawsze odgrywały rolę najważniejszą.

Automat stał się bronią chłopską, ludową, elementarną tak samo, jak były nią spisy i siekiery. Dał chłopom azjatyckim coś, czego nie mieli przez całą swoją długą historię, a była to przecież historia nieprzeliczonych buntów i desperackich zrywów, prawie zawsze zakończonych klęską; dał im zwielokrotnioną siłę rażenia. Zależnie od pojemności magazynka dwadzieścia cztery albo nawet siedemdziesiąt dwa razy skuteczniejszą niż jedno pchnięcie ostrzem spisy lub jeden cios maczetą. Grzechot nabojów, wrzuconych luzem do kieszeni chłopskiego chałata, jest dziś mniej więcej tym samym, czym było niegdyś w Europie posiadanie osiodłanego konia i dobrze wyostrzonej, sprężystej szabli.

Nie, to jest coś więcej.

Pistolet maszynowy stał się dziś najskuteczniejszym narzędziem przekształcania świata dla tych, którzy mają powody, aby go przekształcać lub bronić, jeśli już został odmieniony zgodnie z ich życzeniem. Stał się najbardziej niezawodnym i w pełni uniwersalnym miernikiem ideologii, władzy, linii politycznej, systemu rządów. Jeżeli w wielu rejonach Wietnamu niemal każdy jadący na rowerze chłop ma przewieszony przez plecy automat, to wnioski, jakie z tego wynikają, są jednoznaczne. Na uzbrojenie ludu może się w Azji zdobyć tylko taka władza, która w codziennym, milczącym plebiscycie uzyskuje wśród podstawowych warstw społecznych aprobatę dla swego postępowania. Masowe posiadanie broni i powszechna umiejętność walki partyzanckiej wykluczają możliwość dłuższego manipulowania liczmanami, weryfikują każdy z osobna punkt każdego programu.

Na kontynencie azjatyckim jest to zjawisko całkowicie nowe, o konsekwencjach trudnych jeszcze do przewidzenia. To się już chyba nigdy nie zmieni. Trzeba to koniecznie brać pod uwagę, kiedy myślimy o bliskiej i dalszej przyszłości.

Rzadko pisuje się o tych sprawach z całą otwartością. Nasze europejskie duszyczki nie wszystko mogłyby strawić, wymogi protokołu i wzgląd na rozsądek w polityce zagranicznej odzierają Azję z prawdziwych barw i dramatów. Nie wiemy prawie nic dokładnego o desperackich powstaniach w Madjunie i Telenganie, o walkach Hukbalahaap na Filipinach, o długotrwałej partyzantce miejskiej, o birmańskiej Białej i Czerwonej Fladze. Ale szczegóły nie są naprawdę najważniejsze. Najważniejsza jest istota tego, co się tam dzieje.

Na dłuższą metę pukanie z automatów jest tu nie powstrzymania, nie do zdławienia, dopóki istnieją przyczyny, dla których chłopi są gotowi pociągnąć za spust. Prędzej czy później leje porosną trawą, dżungla zeżre betonowe schrony, nad górskimi strumieniami zawisną nowe mostki z lian i chłop z pistoletem maszynowym w ręku znów stanie się ostateczną instancją, orzekającą o biegu azjatyckiej historii.

O przyszłości tych trzech miliardów ludzi rozstrzygną tylko cztery czynnik: produkcja ryżu, stopa przyrostu naturalnego, ideologia doprowadzona do postaci elementarnej – i chłop z pistoletem maszynowym. Nic więcej. Nikt więcej.

W tym miejscu świata trzeba opiewać wielkość pistoletu maszynowego. Nie można tego nie czynić, ponieważ od półwiecza, to znaczy od powstania szanghajskiego w 1927 roku, ścierają się tu ze sobą racje tak ostateczne, że nie ma już miejsca na żadne dalsze dyskusje. Nie można pogodzić punktu widzenia tych, którzy uważają za rzecz normalną zapędzanie sześcioletnich dzieci do dwunastogodzinnej pracy w przędzalniach, jak to się do dziś dzieje w wielu krajach tego regionu, z punktem widzenia tych, którzy pragną ten stan rzeczy zmienić przemocą, bez względu na opłacalność lokalnego przemysłu tekstylnego i ewentualną konieczność rozstrzelania właściciela przędzalni. Nie istnieje sposób, aby łagodnie, bez użycia przemocy, metodą samej tylko perswazji, zharmonizować interesy jawajskiego lichwiarza, który na najbliższe pięćdziesiąt lat ma już w kieszeni połowę wsi i przekaże dłużników synowi w spadku, jak domowe bydło, z poglądami tych, którzy sądzą, że jest rzeczą moralnie usprawiedliwioną zbuntowanie chłopów przeciwko lichwiarzowi, choćby miało to doprowadzić do dekapitacji wyzyskiwacza, bez czego zresztą chłop azjatycki nie uwierzy w reformy i zmiany.

Można dowolnie wybierać między odciętą głową obszarnika lub lichwiarza oraz „moralnością sześciuset kalorii dziennie” narzuconą nie przez przyrodę i nie przez samo przeludnienie, lecz przez struktury społeczne, których istnienie jest obrazą dla jakiejkolwiek moralności. Nie jest znana żadna w pełni obiektywna miara, która pozwoliłaby orzec, co jest bliższe człowieczeństwu, a zatem bardziej godne aprobaty: dzielnica dziesięcioletnich prostytutek w Kalkucie, przywożonych wprost ze wsi na resztę życia do cuchnących domów publicznych, czy też zatopienie barek z kilkoma tysiącami szanghajskich prostytutek, wobec których nie powiodły się żadne próby reedukacji. Oba te fakty są w pełni sprawdzalne i każdy może je dla siebie skomentować według własnych kryteriów.

Rozmiary krzywdy i udręki człowieka w tej części świata nie mieszczą się w żadnym opisie, lecz nigdy nie nabierają rozgłosu, dopóki nie doprowadzą do zbrojnego powstania z użyciem pistoletów maszynowych. Wówczas najbardziej interesującą sprawą staje się źródło pochodzenia tych pistoletów, nie zaś przyczyny, które skłoniły plebejuszy do chwycenia za broń. Istnieje około stu książek opisujących piekło ludzkie w Chinach na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych, ale żadna z nich nie zwróciła uwagi wytwornych klerków Zachodu na to, co ich mandatariusze wyprawiają w koncesjach międzynarodowych Szanghaju. Dopiero sukcesy Ósmej Armii zrodziły nagły wylew serdeczności wobec małych, chińskich sierotek, szybko zresztą zamieniony na bojkot trwający przez ćwierć wieku. Istnieje około trzystu książek opisujących powojenne odmiany tego samego piekła w innych częściach Azji, ale nie odwiodło to Francuzów i Amerykanów od interwencji w Wietnamie, ani Anglików od obcinania głów na Malajach.

Wielkość pistoletu maszynowego polega na tym, że z powodu prostej przewagi technicznej powstanie tai-pingów czy zryw szanghajski można było kiedyś zdławić do samego końca, natomiast dziś chłopską partyzantkę można najwyżej przejściowo przygasić.

Mniej więcej od początku stulecia nikt, kto w południowej Azji dostrzegł coś więcej niż palmy i chaty na palach, nie mógł się uwolnić od myślenia w kategoriach ostatecznych wyborów. W tamtych stronach jest się albo moralnym wspólnikiem krzywdzicieli, albo przynajmniej moralnym, jeśli nie politycznym, stronnikiem azjatyckich rewolucji. Prawidłowość ta, niezbyt przecież rozpowszechniona w Europie, gdzie zawsze istniały jakieś boczne wyjścia z dylematów, w Azji nie ominęła nikogo, poczynając od Conrada i Malraux. Wolni od niej byli tylko ludzie pozbawieni mózgu i serca. Takich nigdy nie brakło. I nie brak ich również dziś.

Ciąg dalszy nastąpi…

Grecja kontra globalne kasyno

Czytając program wyborczy Syrizy

Wieść gminna niesie, że kiedy Turcy najechali po raz pierwszy grecką wyspę Ikaria, pozostawili tam niewielki garnizon i poborcę podatków. Pewnej nocy mieszkańcy wyrżnęli żołnierzy co do jednego, poborcę obwiesili na miejskim placu, po czym urządzili wielki festyn z tańcami. Przez kolejne 200 lat noga turecka nie postała na Ikarii.

Przedstawiam Wam, drogie Czytelniczki i Czytelnicy program wyborczy koalicji Syriza, uchwalony we wrześniu 2014 roku w Tessalonikach1. To właśnie z tym programem Syriza poszła w styczniu 2015 do przedterminowych wyborów parlamentarnych i – z poparciem 36 procent wyborców – zdobyła władzę. Continue reading Grecja kontra globalne kasyno

Greki trzymają się mocno!

115 lat temu wybuchło w Chinach powstanie. Powstanie przeciwko międzynarodowemu imperializmowi Zachodu, przeciwko skorumpowanemu rządowi centralnemu. Przeciwko upokarzającym prawom, rabunkowym cłom i podatkom. Przeciwko beznadziei i przeciwko propagandzie, głoszącej, że tak już będzie zawsze.

Nawet w podkrakowskiej wsi, goście na chłopskim weselu kibicowali powstańcom. „Co tam Panie w polityce? Chińczyki trzymają się mocno?”.

Dzisiaj wielcy tego świata, dziedzice władzy i fortun zdobytych na kolonizacji – nie tylko Chin – drżą przed chińskim smokiem. A my drżymy wraz z nimi, bo żadne państwo, choćby najbardziej skrzywdzone w przeszłości, nie będzie się przejmować losem obywateli – zwłaszcza cudzych. A Chiny wciąż nie wyrównały rachunków ze światem.

Chory człowiek Europy

Tymczasem w Europie jest kraj, w którym wybuchło następne powstanie. Ciche i pokojowe, ale przeciw tym samym wrogom. Przeciw międzynarodowym korporacjom – bankom i spółkom surowcowym. Przeciw skorumpowanej klasie politycznej. Przeciwko narzuconej biedzie i niemożności. Przeciwko beznadziei i przekonaniu, że inaczej się nie da. To Grecja.

Telewizja i internet z lubością (ale oszczędnie) pokazują nam na zmianę walki uliczne pod parlamentem i znękanych, biednych ludzi. Opisują kolejne cięcia budżetowe, możliwe scenariusze katastrof i upadku, który jednak nie następuje. Unii Europejskiej potrzebny jest cierpiący, ale wciąż żywy „chory człowiek Europy” – odstraszający przykład, stale przed oczami potencjalnych dysydentów.

Poniżej radaru

Tuż poza krawędzią ekranu, dzieją się nieco inne rzeczy. Ludzie, kiedy już otrząsnęli się z szoku i zrozumieli, że NIKT o nich nie dba, zaczęli dbać o siebie nawzajem. Najpierw rolnicy i konsumenci ominęli łańcuch pośredników i zaczęły się bezpośrednie dostawy żywności do miast. Potem ludzie, którzy stracili utrzymanie w miastach, zaczęli wracać na wieś, uczyć się farmerstwa i zagospodarowywać najmniejsze skrawki ziemi, dotąd pozostawionej odłogiem.

Tymczasem reszta szuka. Szuka nowych sposobów życia: kooperatywy; banki czasu; kolektywy robotnicze przejmujące fabryki; społeczności intencjonalne testujące najdziwniejsze koncepcje społeczne; darmowe szpitale i przychodnie; sieci wolontariuszy, organizujące się wokół opieki nad bezdomnymi psami – Grecja stała się wielkim, oddolnym, crowdsourcingowym laboratorium społecznym.

Bez najmniejszej przesady można stwierdzić, że Grecy, po raz kolejny w historii ludzkości, prowadzą nas w stronę nowych, nieznanych, a dramatycznie potrzebnych, rozwiązań cywilizacyjnych. Zmuszeni sytuacją, ale mając za sobą najdłuższą w Europie tradycję społeczeństwa demokratycznego, właśnie oni mają realną szansę znalezienia drogi, która może nas wszystkich wyprowadzić ze strefy zniszczenia, jaką jest obecna „cywilizacja Zachodu”.

I nie ma w tym żadnego (prawie) teoretyzowania. Jest codzienna ciężka praca u podstaw, samowychowanie i walka o byt. To nie są aktywiści, ani zawodowi działacze. To są zwyczajni ludzie: robotnicy, gospodynie domowe, farmerzy, studenci, bezrobotni, hipsterzy, anarchistki, nauczyciele i urzędniczki. Ludzie, których pazerność międzynarodowych banków i ich własnego rządu wypchnęła z „małej stabilizacji” i postawiła przed wyborem: zmień się, albo giń. I zmieniają się. Nazywają to „gospodarką solidarnościową”, której celem jest nie zysk finansowy, ale zwiększanie użyteczności – jak najlepsze zaspokajanie potrzeb jak największej ilości ludzi.

Nie każdy chce wolności

Oczywiście, powyżej poziomu (czasem) samorządu lokalnego, nikt nie dba o takie rzeczy, a wielu się im przeciwstawia. Zamiast chwalić się rosnącą samoorganizacją społeczną, państwo zajmuje się pilnym wykonywaniem absurdalnych zaleceń wierzycieli – a dla bezpieczeństwa wynajmuje międzynarodową korporację najemniczą.

Grecki kapitał nie ma ochoty utracić wpływów i jest gotów robić interesy kosztem obywateli – choćby umierali z głodu. A upadający sklepik łatwiej jest przejąć, niż prosperujący. Wreszcie faszyści – jak wszędzie – są przeciwni każdej otwartej działalności, szczególnie tej niepaństwowej; zwłaszcza, że Grecja jest bramą dla nielegalnych imigrantów.